ROK PAŃSKI 2019

Życzymy wszystkim naszym Słuchaczom
Błogosławieństwa Bożego w Nowym Roku Pańskim 2019.

Króluj nam Chryste, zawsze i wszędzie

11 komentarzy do “ROK PAŃSKI 2019”

  1. Bp Athanasius Schneider, W kwestii papieża-heretyka

    Zagadnienie precyzyjnej procedury postępowania z papieżem-heretykiem nie zostało do tej pory w całej Tradycji katolickiej omówione w taki sposób, który choćby w przybliżeniu miał charakter powszechnej zgody. Do tej pory żaden papież ani żaden sobór ekumeniczny nie sformułował ani odnośnej doktrynalnej deklaracji, ani nie wydał wiążących norm kanonicznych określających procedurę postępowania z papieżem-heretykiem podczas pełnienia przez niego urzędu Piotrowego.

    W historii nie było przypadku papieża, który podczas pełnienia swojej posługi utraciłby urząd Piotrowy z powodu herezji lub oskarżenia o herezję. Papież Honoriusz I (625-638) został pośmiertnie ekskomunikowany przez trzy sobory ekumeniczne (Trzeci Sobór Konstantynopolitański w 681 r., Drugi Sobór Nicejski w 787 r. oraz Czwarty Sobór Konstantynopolitański w 870 r.) za to, że popierał heretycką doktrynę promotorów monoteletyzmu, przez co pomagał w szczerzeniu się tej herezji. W liście potwierdzającym dekrety Trzeciego Soboru Konstantynopolitańskiego święty Leon II, papież (+682-683), nałożył anatemę na papieża Honoriusza („anathematizamus Honorium”) stwierdzając, że jego poprzednik „Honoriusz, zamiast dążyć do oczyszczania Kościoła Apostolskiego, dopuścił, by nieskalana wiara została splamiona na skutek bluźnierczej zdrady” (Denzinger-Schönmetzer, n. 563).

    Liber Diurnus Romanorum Pontificum, zbiór rozmaitych formularzy stosowanych w kancelarii papieskiej do XI stulecia, zawiera tekst przysięgi papieskiej, zgodnie z którą każdy papież w momencie objęcia urzędu musiał przysiąc, że “uznaje szósty sobór ekumeniczny, który nałożył wieczną anatemę na autorów herezji [monoteletyzmu], Sergiusza, Pyrrusa itd., razem z Honoriuszem” (PL 105, 40-44).

    W niektórych brewiarzach aż do XVI czy XVIII wieku, w lekcjach matutinum we wspomnienie św. Leona II obchodzone 28 czerwca, papież Honoriusz wymieniany był jako heretyk: „In synodo Constantinopolitano condemnati sunt Sergius, Cyrus, Honorius, Pyrrhus, Paulus et Petrus, nec non et Macarius, cum discipulo suo Stephano, sed et Polychronius et Simon, qui unam voluntatem et operationem in Domnino Jesu Christo dixerunt vel praedicaverunt”. To, iż powyższe czytanie brewiarzowe przetrwało przez wiele stuleci, pokazuje, że liczne pokolenia nie uważały za skandaliczne tego, iż dany papież, w bardzo szczególnych okolicznościach, mógł być uznany winnym herezji lub wspierania herezji. W tamtych czasach wierni i hierarchia Kościoła potrafili dokonać jasnego rozróżnienia między niezniszczalnością katolickiej wiary zagwarantowaną dla Magisterium Stolicy Piotrowej a niewiernością i zdradą konkretnego papieża podczas sprawowania przez niego urzędu nauczycielskiego.

    O. John Chapman w książce pt. „The Condemnation of Pope Honorius” (Londyn, 1907 r.) wyjaśnił, że przywoływany Trzeci Ekumeniczny Sobór Konstantynopolitański, który nałożył anatemę na papieża Honoriusza, dokonał wyraźnego rozróżnienia między błędem konkretnego papieża a nieomylnością w wierze Stolicy Apostolskiej jako takiej. W liście do papieża Agatona (678-681), zawierającym prośbę o zaakceptowanie decyzji soborowych, Ojcowie Trzeciego Ekumenicznego Soboru Konstantynopolitańskiego piszą, że Rzym posiada wolną od błędu wiarę, która w sposób autorytatywny jest głoszona całemu Kościołowi przez biskupów Stolicy Apostolskiej, następców Piotra. Można zadać pytanie: Jakim sposobem Trzeci Ekumeniczny Sobór Konstantynopolitański mógł wystosować takie stwierdzenie i jednocześnie potępić papieża jako heretyka? Odpowiedź na to pytanie jest wystarczająco jasna. Papież Honoriusz I był omylny, mylił się, był heretykiem właśnie dlatego, że w sposób autorytatywny nie głosił tego, co powinien był głosić: Piotrowej tradycji Kościoła Rzymskiego. Nie odwołał się do tej tradycji, a jedynie zatwierdził błędną doktrynę i przyczynił się do jej szerzenia. Słowa papieża Honoriusza I, gdy tylko zostały zdezawuowane przez jego następców, stały się nieszkodliwe dla nieomylności w wierze Stolicy Apostolskiej. Zostały one sprowadzone do swojej prawdziwej wartości, czyli do zwyczajnej ekspresji osobistego poglądu papieża.

    Święty Agaton, papież, nie pozwolił, by zdezorientowało go i wstrząsnęło nim godne pożałowania zachowanie jego poprzednika Honoriusza I, który przyczynił się do szerzenia herezji, lecz zachował swoje nadprzyrodzone przekonanie o nieomylności Stolicy Piotrowej, gdy naucza wiary, czego wyrazem jest jego pismo do cesarzy w Konstantynopolu: “Oto jest zasada prawdziwej wiary, którą duchowa matka waszego niczym nie zmąconego imperium, Apostolski Kościół Chrystusa (Stolica Rzymu), zawsze z mocą utrzymywała i której zawsze broniła, w radości i w utrapieniu, która, jak zostanie dowiedzione, dzięki łasce Boga Wszechmogącego, nigdy nie zbłądziła z drogi tradycji apostolskiej, ani nie została zdeprawowana przez ugięcie się wobec heretyckich nowinek, lecz od początku otrzymała wiarę chrześcijańską od swoich założycieli, książąt Apostołów Chrystusa, i pozostaje nieskalana aż do końca, zgodnie z Boską obietnicą samego Pana i Zbawiciela, którą ogłosił w świętej Ewangelii księciu pośród swoich uczniów, mówiąc: „Piotrze, Piotrze, oto szatan domagał się, żeby was przesiać jak pszenicę; ale Ja prosiłem za tobą, żeby nie ustała twoja wiara. Ty ze swej strony utwierdzaj twoich braci” (Ep. “Consideranti mihi” ad Imperatores).

    O. Prosper Gueranger dał krótkie i klarowne teologiczne oraz duchowe wyjaśnienie tego konkretnego przypadku papieża-heretyka pisząc: „Jakaż euforia rozbrzmiała w otchłani, gdy pewien smutny dzień ujrzał, jak [papież Honoriusz], wikariusz Tego, który jest istotą Światła, przez chwilę okazał się być stronnikiem mocy ciemności, sprowadzając chmurę, która zawisła między Niebem a wzgórzami Boga, gdzie mieszka On ze swoim wikariuszem, lecz jest wielce prawdopodobne, że właśnie wtedy wspólnotowa moc wstawiennictwa okazała się słabsza niż być powinna” (The Liturgical Year, Londyn 1900 r., Tom 12, str. 377).

    Pomimo tego, wielce doniosłym faktem jest, że w ciągu dwóch tysięcy lat nie było przypadku, w którym papież podczas sprawowania urzędu został z niego usunięty z powodu zbrodni herezji. Papież Honoriusz I został obłożony anathemą dopiero po swojej śmierci. Ostatnim przypadkiem heretyckiego lub półheretyckiego papieża był Jan XXII (1316-1334), który nauczał własnej teorii, zgodnie z którą święci mieliby dostąpić wizji uszczęśliwiającej dopiero po Sądzie Ostatecznym podczas Powtórnego Przyjścia Chrystusa.

    Kościół w bardzo rzadkich i wyjątkowych przypadkach mógłby żyć mając papieża popełniającego poważne błędy teologiczne lub dopuszczającego się herezji. Dotychczasową praktyką Kościoła było pozostawienie ostatecznego osądu na temat heretyckiego papieża jego następcom lub przyszłemu ekumenicznemu soborowi, jak było w przypadku papieża Honoriusza I. To samo prawdopodobnie stałoby się z papieżem Janem XXII, gdyby nie odwołał swojego błędu.

    Papieże zostali kilkukrotnie zdjęci z urzędu przez siły świeckie lub przez przestępcze klany. Zdarzało się to szczególnie podczas tak zwanych ciemnych wieków (wieki X i XI), gdy niemieccy cesarze zdetronizowali kilku niegodnych papieży nie z powodu ich herezji, ale ze względu na ich gorszące, niemoralne życie i przez nadużywanie przez nich władzy. Należy zauważyć, że nigdy nie zostali zdjęci z urzędu zgodnie z jakąś procedurą kanoniczną, ponieważ uniemożliwia to Boska struktura Kościoła. Papież otrzymuje swą władzę bezpośrednio od Boga, a nie od Kościoła; dlatego Kościół, niezależnie od powodu, nie może zdjąć go z urzędu.

    To, że papież nie może głosić herezji nauczając ex cathedra jest dogmatem wiary. Również obietnica, iż bramy piekieł nie przemogą cathedra veritatis, którą jest Apostolska Stolica świętego Piotra, jest posiada Boską gwarancję. O. John Chapman, ekspert w dziedzinie badania historii potępienia papieża Honoriusza I, pisze: „Nieomylność jest niejako wierzchołkiem piramidy. Im bardziej uroczyste są wypowiedzi Stolicy Apostolskiej, tym bardziej możemy być pewni ich prawdziwości. Gdy osiągają maksimum uroczystości, to znaczy gdy ogłaszane są ex cathedra, możliwość błędu jest całkowicie wyeliminowana. Autorytetowi papieża, nawet w tych przypadkach, gdy nie jest on właściwie nieomylny, należy się bezwzględny posłuch i szacunek. Wiara i historia pokazują wszelako, że możliwe jest, iż autorytet ten opowie się po niewłaściwej stronie” (The Condemnation of Pope Honorius, London 1907 r., str. 109).

    Jeśli papież szerzy doktrynalne błędy lub herezje, Boska struktura Kościoła automatycznie dostarcza antidotum: uzupełniającą posługę przedstawicieli episkopatu i niezwyciężone sensus fidei wiernych. Wystarczy, że będziemy mieli choćby kilku biskupów głoszących integralność nauki wiary i korygujących tym samym błędy heretyckiego papieża. Wystarczy, że biskupi pouczą i ochronią swą owczarnię od błędów heretyckiego papieża i że kapłani oraz rodzice w katolickich rodzinach uczynią to samo. Ponadto, ponieważ Kościół jest również rzeczywistością nadprzyrodzoną i misteryjną, wyjątkowym nadprzyrodzonym organizmem, Mistycznym Ciałem Chrystusa, biskupi, kapłani i wierni świeccy – oprócz korekt, apeli, aktów wyznania wiary i stawiania publicznego oporu – muszą również czynić akty zadośćuczynienia Boskiemu Majestatowi oraz akty pokuty za heretyckie czyny papieża. Zgodnie z konstytucją dogmatyczną Lumen gentium (por. nr 12) Soboru Watykańskiego II, ogół wiernych nie może zbłądzić w wierze i tę szczególną swoją właściwość ujawnia przez nadprzyrodzony zmysł wiary całego ludu, gdy, poczynając od biskupów aż po ostatniego z wiernych świeckich, ujawnia on swą powszechną zgodność w sprawach wiary i obyczajów. Nawet jeśli papież szerzy teologiczne błędy i herezje, wiara całego Kościoła pozostanie nietknięta z powodu obietnicy Chrystusa dotyczącej szczególnej pomocy i stałej obecności w Jego Kościele Ducha Świętego, Ducha prawdy (por. J 14, 17; 1 J 2, 27).

    Gdy, z nieodgadnionego dopustu Bożego, w danym momencie w historii i w bardzo rzadkim przypadku papież szerzy błędy i herezje poprzez swoje codzienne i zwykłe, nie-nieomylne magisterium, Boska Opatrzność w tym samym momencie budzi świadectwo niektórych członków kolegium biskupiego oraz wiernych, by zrekompensować tymczasowe błędy papieskiego magisterium. Należy powiedzieć, że takie sytuacje są bardzo rzadkie, lecz, jak dowodzi historia Kościoła, nie są niemożliwe. Kościół jest prawdziwie jednym organicznym ciałem i gdy dojdzie do osłabienia lub braków w głowie ciała (papież), reszta ciała (wierni) lub wyróżniające się części ciała (biskupi) uzupełniają tymczasowe błędy papieskie. Jeden z najsłynniejszych i najtragiczniejszych przykładów miał miejsce podczas kryzysu ariańskiego w IV wieku, gdy czystość wiary, jak zresztą trafnie określił to błogosławiony John Henry Newman, została zachowana nie tyle przez ecclesia docens (papież i episkopat), ile przez ecclesia docta (wierni).

    Teoria lub opinia o utracie papieskiego urzędu przez depozycję lub przez zadeklarowanie jego utraty ipso facto albo zrównuje papieża z całym Kościołem, albo też dowodzi niezdrowej tendencji papocentryzmu lub papolatrii. Osoby reprezentujące taka opinię (zwłaszcza niektórzy święci) demonstrowały nadmierny ultramontanizm lub papocentryzm, czyniąc papieża kimś w rodzaju półboga, który nie może popełnić żadnego błędu, nawet w obszarach wykraczających poza przedmiot nieomylności papieskiej. Dla wyznawców powyższej teorii (detronizacja papieża i utrata urzędu z powodu herezji), papież, który popełniałby błędy doktrynalne, co teoretycznie i logicznie rzecz biorąc obejmuje również możliwość popełnienia najpoważniejszego błędu doktrynalnego, czyli herezji, jest nie do zniesienia i nie do pomyślenia, nawet jeśli popełnia takie błędy w obszarach wykraczających poza przedmiot papieskiej nieomylności.

    Teoria lub teologiczna opinia, zgodnie z którą papież-heretyk może być zdetronizowany lub może utracić urząd, była obca dla pierwszego tysiąclecia. Narodziła się dopiero w późnym średniowieczu, w czasie, gdy papocentryzm osiągnął pewien szczyt, gdy papież nieświadomie był utożsamiany z Kościołem jako takim. W swoich założeniach był to już przejaw doczesnej postawy władcy absolutnego, zgodnie z motto „L’État, c’est moi!” lub, mutatis mutandis, „Kościół to ja”.

    Opinia, zgodnie z którą papież-heretyk ipso facto traci swój urząd, rozpowszechniła się począwszy od późnego średniowiecza aż po XX wiek. Pozostaje ona opinią teologiczną, a nie nauczaniem Kościoła, i dlatego nie może rościć sobie praw do zakwalifikowania jej do niezmiennego, odwiecznego nauczania Kościoła jako takiego, gdyż żaden sobór ekumeniczny i żaden papież nie poparł w sposób wyraźny takiej opinii. Tymczasem jednak Kościół potępił heretyckiego papieża, lecz uczynił to dopiero po jego śmierci, a nie podczas sprawowania przez niego urzędu Piotrowego. Nawet jeśli niektórzy święci doktorzy Kościoła (np. św. Robert Bellarmin, św. Franciszek Salezy) popierali wspominaną wyżej opinię, nie dowodzi to jej pewności i nie świadczy o doktrynalnej zgodzie co do niej. Nawet o doktorach Kościoła wiadomo, że błądzili; czego wymownym przykładem jest św. Tomasz z Akwinu, który mylił się w kwestii Niepokalanego Poczęcia, materii sakramentu kapłaństwa lub sakramentalnego charakteru święceń biskupich.

    W pewnym czasie w Kościele panowała, na przykład, obiektywnie błędna opinia teologiczna, zgodnie z którą traditio instrumentorum (przekazywanie naczyń liturgicznych) było uważane za materię sakramentu kapłaństwa. Była to wszelako opinia, która nie miała oparcia w starożytności i powszechności, mimo iż przez pewien czas była wspierana przez papieża (na mocy dekretu wydanego przez Eugeniusza IV) oraz przez księgi liturgiczne (choć tylko przez ograniczony czas). Ta rozpowszechniona opinia została jednak później skorygowana przez Piusa XII w 1947 r.

    Teoria o zdetronizowaniu papieża-heretyka lub utracie przez niego urzędu ipso facto z powodu herezji jest jedynie opinią teologiczną, która nie spełnia niezbędnych teologicznych: starożytności, powszechności i powszechnej zgody (semper, ubique, ad omnibus). Nie istnieją wypowiedzi powszechnego zwykłego magisterium ani magisterium papieskiego, które popierałyby teorie zdetronizowania papieża-heretyka lub utratę przez niego urzędu ipso facto z powodu herezji. Zgodnie ze średniowieczną tradycją kanoniczną, która później została zebrana w Corpus Iuris Canonici (prawo kanoniczne obowiązujące w Kościele łacińskim aż do 1918 r.), papież mógłby zostać osądzony w przypadku herezji: „Papa a nemine est iudicandus, nisi deprehendatur a fide devius”, co się tłumaczy: “papież nie może być sądzony przez nikogo, chyba że okazałoby się, iż odstąpił od wiary” (Decretum Gratiani, Prima Pars, dist. 40, c. 6, 3. pars). Jednakże Kodeks Prawa Kanonicznego z 1917 r. usunął normę zawartą w Corpus Iuris Canonici, która mówiła o papieżu-heretyku. Również Kodeks Prawa Kanonicznego z 1983 r. nie zawiera takiej normy.

    Kościół zawsze nauczał, że nawet heretyk, który jest automatycznie ekskomunikowany z powodu formalnej herezji, może sprawować sakramenty w sposób ważny oraz że heretycki lub formalnie ekskomunikowany kapłan może w sytuacjach szczególnych wykonywać akty władzy, udzielając penitentowi sakramentalnego rozgrzeszenia. Normy dotyczące wyboru papieża, które obowiązywały aż do pontyfikatu Pawła VI, pozwalały, aby nawet ekskomunikowany kardynał brał udział w konklawe i aby on sam został wybrany na papieża. „Żaden kardynał elektor nie może być pozbawiony czynnego i biernego prawa wyboru Najwyższego Pasterza z powodu lub pod pretekstem jakiejkolwiek ekskomuniki, suspensy, interdyktu lub innej kary kościelnej. Wszystkie te cenzury mają być uznane za zawieszone, jeśli chodzi o wybór papieża (Paul VI, Konstytucja Apostolska Romano Pontifice eligendo, nr 35). Ta zasada teologiczna musi znaleźć zastosowanie również do przypadku biskupa-heretyka lub papieża-heretyka, którzy mimo popadnięcia w herezję mogą w sposób ważny sprawować akty władzy kościelnej i dlatego nie tracą swego urzędu ipso facto z powodu herezji.

    Teoria lub opinia teologiczna dopuszczająca zdetronizowanie papieża-heretyka lub utratę przez niego urzędu ipso facto z powodu herezji jest w praktyce niemożliwa do zastosowania. Gdyby została zastosowana w praktyce, stworzyłaby sytuację podobną do Wielkiej Schizmy, której Kościół tak dramatycznie doświadczył na przełomie XIV i XV wieku. W istocie, zawsze będzie istniała pewna część Kolegium Kardynalskiego i znaczna część episkopatu światowego oraz wiernych, którzy nie będą zgadzać się ze sklasyfikowaniem konkretnego błędu papieskiego (lub błędów) jako formalnej (formalnych) herezji i którzy w rezultacie będą w dalszym ciągu uznawać aktualnego papieża za jedynego prawowitego papieża.

    Formalna schizma, z dwoma lub więcej kandydatami do papieskiego tronu – która zawsze będzie nieuniknioną konsekwencją zdetronizowania papieża, nawet jeśli deponowanie z urzędu Piotrowego byłoby przeprowadzone w sposób kanoniczny – siłą rzeczy wyrządzi więcej szkody Kościołowi jako organizmowi niż bardzo rzadki i stosunkowo krótki okres, w którym dany papież szerzy błędy doktrynalne lub herezje. Pontyfikat papieża-heretyka zawsze będzie stosunkowo krótki w porównaniu do dwóch tysięcy lat istnienia Kościoła. W tym rzadkim i delikatnym przypadku inicjatywę należy pozostawić w rękach Bożej Opatrzności.

    Próba usunięcia papieża-heretyka za wszelką cenę jest przejawem typowo ludzkiego zachowania, które ostatecznie przejawia się w niechęci do dźwigania doczesnego krzyża papieża-heretyka. Być może jest ona owocem typowo ludzkiej emocji gniewu. W każdym przypadku jest ona typowo ludzkim sposobem rozwiązania i jako taki przypomina w pewnym stopniu zachowania znane z polityki. Kościół i papiestwo są rzeczywistościami, które nie są jedynie ludzkie, lecz również Boskie. Krzyż papieża-heretyka – nawet jeśli jest ograniczony w czasie – jest największym wyobrażalnym krzyżem dla całego Kościoła.

    Inny błąd, kryjący się w chęci zdjęcia z urzędu papieża-heretyka, polega na pośrednim lub nieświadomym utożsamianiu Kościoła z papieżem lub na czynieniu papieża centralnym punktem codziennego życia Kościoła. Błąd ten w rezultacie i w podświadomy sposób oznacza uleganie niezdrowemu ultramontanizmowi, papocentryzmowi i papolatrii, czyli kultowi osoby papieża. W historii Kościoła były okresy, kiedy przez dłuższy czas Stolica Piotrowa wakowała. Na przykład między 29 listopada 1268 r. a 1 września 1271 r. nie było papieża i nie było w tym okresie również antypapieża. Dlatego katolicy nie powinni czynić papieża i jego słów oraz czynów centralnym punktem swojego życia.

    Można wydziedziczyć dzieci w rodzinie. Jednakże nie można wydziedziczyć ojca rodziny, jakkolwiek byłby winny lub jakkolwiek potwornie by się zachowywał. Jest to prawo hierarchii, któremu Bóg poddał nawet stworzenie. To samo odnosi się do papieża, który podczas sprawowania urzędu jest duchowym ojcem całej rodziny Kościoła na ziemi. W przypadku ojca kryminalisty lub potwora dzieci muszą odsunąć się od niego lub unikać z nim kontaktu. Nie mogą jednakże powiedzieć: „Wybierzemy nowego i dobrego ojca naszej rodziny”. Byłoby to sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem i z naturą. Ta sama zasada powinna mieć zastosowanie do kwestii zdjęcia z urzędu papieża-heretyka. Papież nie może być usunięty przez nikogo; jedynie Bóg może interweniować i uczyni to w swoim czasie, ponieważ Bóg nie zawodzi w swojej Opatrzności („Deus in sua dispositione non fallitur”). Podczas Pierwszego Soboru Watykańskiego biskup Zinelli, sprawozdawca soborowej komisji wiary, mówił w następujących słowach o ewentualności papieża-heretyka: „Jeśli Bóg dopuszcza tak wielkie zło (tzn. papieża-heretyka), nie zabraknie środków dla naprawienia tej sytuacji (Mansi 52, 1109).

    Detronizacja papieża-heretyka promowałaby w rezultacie herezję koncyliaryzmu, sedewakantyzmu oraz postawę umysłową przypominającą tę, która cechuje społeczność czysto ludzką lub polityczną. Promowałaby również mentalność analogiczną do separatyzmu w świecie protestanckim lub do autokefalii w świecie kościołów prawosławnych.

    Okazuje się, że teoria lub opinia dopuszczająca pozbawienie lub utratę [przez papieża] urzędu jest w sposób dogłębny – choć nieświadomy – rodzajem „donatyzmu” zastosowanego do posługi papieskiej. Teoria donatystyczna niemal utożsamia duchownych (kapłanów i biskupów) z moralną świętością samego Chrystusa, żądając, by ważność ich urzędu zależała od nieskazitelności moralnej lub dobrego prowadzenia w życiu publicznym. Wspomniana teoria w podobny sposób wyklucza możliwość popełniania przez papieża błędów doktrynalnych, tzn. herezji, uznając tym samym jego urząd za nieważny lub wakujący, jak czynili donatyści, uznając urząd kapłański lub biskupi za nieważny z powodu błędów w życiu moralnym.

    Można sobie wyobrazić, że w przyszłości najwyższa władza Kościoła (papież lub sobór ekumeniczny) mogłaby ustanowić następujące lub podobne wiążące normy kanoniczne na wypadek heretyckiego lub jawnie heterodoksyjnego papieża:

    – Papież nie może być pozbawiony urzędu w jakikolwiek sposób lub z jakiegokolwiek powodu, nawet z powodu herezji.

    – Każdy nowo wybrany papież obejmując urząd jest zobowiązany na mocy samego urzędu najwyższego nauczyciela Kościoła do złożenia przysięgi ochrony całej owczarni Chrystusa przed niebezpieczeństwami herezji i unikania w słowach oraz czynach wszelkiego pozoru herezji zgodnie z obowiązkiem umacniania w wierze wszystkich pasterzy i wiernych.

    – Papież, który szerzy oczywiste błędy teologiczne lub herezje, lub który pomaga w szerzeniu herezji poprzez swoje czyny lub zaniedbania, powinien być obowiązkowo upomniany w braterskiej i prywatnej formie przez Dziekana Kolegium Kardynalskiego.

    – Jeśli prywatne napomnienia okażą się nieskuteczne, Dziekan Kolegium Kardynalskiego zobowiązany jest upublicznić swoje napomnienie.

    – Dziekan Kolegium Kardynalskiego musi połączyć swoje publiczne napomnienie z wezwaniem do modlitwy za papieża, aby odzyskał siłę do jednoznacznego umacniania w wierze całego Kościoła.

    – Jednocześnie Dziekan Kolegium Kardynalskiego powinien opublikować formułę Wyznania Wiary, w którym błędy teologiczne, których naucza lub które toleruje papież zostałyby odrzucone (bez obowiązku wymieniania przy tym papieża).

    – Jeśli Dziekan Kolegium Kardynalskiego zaniecha lub nie zdoła dokonać napomnienia, wezwać do modlitwy i opublikować Wyznania Wiary, powinien to uczynić którykolwiek z kardynałów, biskupów lub jakakolwiek grupa biskupów, a nawet jeśli kardynałowie lub biskupi zaniechają lub nie zdołają tego zrobić, powinien to uczynić ktokolwiek spośród świeckich katolików świeckich lub jakakolwiek grupa katolików świeckich.

    – Dziekan Kolegium Kardynalskiego, kardynał, biskup, grupa biskupów, świecki katolik lub grupa świeckich katolików, którzy dokonali napomnienia, wezwania do modlitwy i opublikowali Wyznanie Wiary, nie mogą zostać poddani żadnym kanonicznym sankcjom lub karom, nie mogą być też oskarżani z tego powodu o brak szacunku wobec papieża.

    W niezwykle rzadkich przypadkach papieża-heretyka duchowa sytuacja Kościoła może być opisana słowami, których użył św. Grzegorz Wielki, papież (590-604), nazywając Kościół w jego czasach „starym statkiem żałośnie pogruchotanym, gdyż wody wdzierają się doń ze wszystkich stron, a spoiwa, szarpane przez codzienny napór burzy, butwieją i wieszczą zatonięcie statku” (Registrum I, 4, Ep. ad Ioannem episcopum Constantinopolitanum).

    Opowiadania ewangeliczne o Panu Jezusie uciszającym wzburzone morze i ratującym Piotra, który zaczął tonąć, uczą, że nawet w najbardziej dramatycznym i po ludzku rozpaczliwym przypadku papieża-heretyka wszyscy pasterze Kościoła i wierni powinni wierzyć i ufać, że Bóg w swojej Opatrzności zainterweniuje i że Chrystus uspokoi szalejącą burzę, przywracając następcom Piotra, Jego wikariuszom na ziemi, siłę umacniania wszystkich pasterzy i wiernych w wierze katolickiej i apostolskiej.

    Św. Agaton, papież (678-681), przed którym postawione zostało trudne zadanie ograniczenia szkód, jakie papież Honoriusz I wyrządził integralności wiary, pozostawił jasne słowa żarliwego apelu do każdego następcy Piotra, który zawsze musi być świadomy swego doniosłego obowiązku strzeżenia przez skalaniem dziewiczej czystości Depozytu Wiary: “Biada mi, jeśli zaniedbam głoszenia prawdy mojego Pana, którą moi poprzednicy szczerze wyznawali. Biada mi, jeśli nakryję milczeniem prawdę, którą zobowiązany jestem dawać, to znaczy nauczać ludy chrześcijańskie i wpajać im tę prawdę. Co powiem na przyszłym sądzie Chrystusowym, jeśli – uchowaj Boże – będę się wstydził nauczać tu prawdy Jego słów? Jak będę mógł zadośćuczynić za samego siebie, jak zadośćuczynię za dusze mi powierzone, gdy Chrystus zażąda ode mnie szczegółowego sprawozdania z urzędu, który został mi powierzony?” (Ep. “Consideranti mihi” ad Imperatores).

    Gdy pierwszy papież, święty Piotr, znajdował się fizycznie w okowach, cały Kościół błagał o jego uwolnienie: „Strzeżono więc Piotra w więzieniu, a Kościół modlił się za niego nieustannie do Boga” (Dz 12, 5). Gdy papież szerzy błędy lub nawet herezje, tkwi w duchowych okowach lub w duchowym więzieniu, dlatego cały Kościół musi się modlić nieustannie o jego uwolnienie z tego duchowego więzienia. Cały Kościół musi demonstrować nadprzyrodzoną wytrwałość w takiej modlitwie oraz nadprzyrodzoną ufność w fakt, że to Bóg rządzi swoim Kościołem, a nie papież.

    Gdy papież Honoriusz I (625-638) przyjął dwuznaczną postawę wobec szerzenia się nowej herezji monoteletyzmu, św. Sofroniusz, patriarcha Jerozolimy, posłał biskupa z Palestyny do Rzymu, kierując do niego następujące słowa: „Udaj się do Stolicy Apostolskiej, gdzie znajdują się fundamenty świętej doktryny i nie przestawaj modlić się, dopóki Stolica Apostolska nie potępi nowej herezji”.

    W tragicznym przypadku papieża-heretyka wszyscy członkowie Kościoła, począwszy od biskupów aż po zwykłych wiernych, muszą użyć wszystkich słusznych środków, takich jak prywatne i publiczne korekty błądzącego papieża, stałe i żarliwe modlitwy oraz publiczne akty wyznania prawdy, aby Stolica Apostolska na nowo z jasnością wyznała Boże prawdy, które Pan powierzył Piotrowi i wszystkim jego następcom: „Duch Święty został bowiem obiecany następcom św. Piotra nie dlatego, aby z pomocą Jego objawienia ogłaszali nową naukę, ale by z Jego pomocą święcie strzegli i wiernie wyjaśniali Objawienie przekazane przez apostołów, czyli depozyt wiary” (Sobór Watykański I, Konstytucja Dogmatyczna Pastor aeternus, rozdział 4).

    Każdemu papieżowi i wszystkim członkom Kościoła należy przypomnieć mądre i ponadczasowe słowa, które Ekumeniczny Sobór w Konstancji (1414-1418) ogłosił na temat papieża jako pierwszej osoby w Kościele, która związana jest wiarą i która musi skrupulatnie chronić integralności wiary: „Ponieważ Biskup Rzymu sprawuje tak wielką władzę wśród śmiertelników, słuszne jest, aby tym bardziej był związany nierozerwalnymi więzami wiary i rytami, których należy przestrzegać w odniesieniu do sakramentów Kościoła. Dlatego, aby pełnia wiary jaśniała w przyszłym Biskupie Rzymu z wyjątkową chwałą od pierwszych chwil jego pontyfikatu, rozporządzamy i nakazujemy, aby od tej pory, ktokolwiek zostanie wybrany na biskupa Rzymu, uczynił publicznie następujące wyznanie” (39. sesja z 9 października 1417 r., ratyfikowana przez papieża Marcina V).

    Podczas tej samej sesji Sobór w Konstancji rozporządził, aby każdy nowo wybrany papież złożył przysięgę wiary, proponując następującą formułę, z której cytujemy najistotniejsze fragmenty:

    Ja, N., wybrany na papieża, sercem i ustami wyznaję i przysięgam Bogu najwyższemu, że będę wiernie wyznawał i zachowywał wiarę katolicką zgodnie z tradycjami Apostołów, soborów powszechnych i innych świętych ojców. Zachowam tę wiarę niezmienioną co do joty i będę ją potwierdzał, bronił jej i głosił ją aż do chwili śmierci i przelania mojej krwi, i w podobny sposób będę zachowywał i przestrzegał w każdym szczególe przekazane [mi] ryty kościelnych sakramentów Kościoła katolickiego.

    Jakże aktualnie brzmi ta papieska przysięga i jakże pilną kwestią jest wprowadzenie w życie takiej przysięgi, szczególnie w naszych czasach! Papież nie jest monarchą absolutnym, który może czynić i mówić, cokolwiek zechce, który może zmieniać doktrynę lub liturgię według własnego uznania. Niestety, w minionych stuleciach – w przeciwieństwie do tradycji apostolskiej w czasach starożytnych – zachowanie papieży jako monarchów absolutnych lub półbogów zyskało powszechną akceptację aż do tego stopnia, że kształtowało ono teologiczne i duchowe poglądy olbrzymiej większości biskupów i wiernych, szczególnie ludzi pobożnych. Fakt, iż papież musi być pierwszym w Kościele, który ma unikać nowinek oraz przykładnie zachowywać tradycję wiary i liturgii, był czasem wypierany ze świadomości biskupów i wiernych poprzez ślepą i pobożną akceptację swego rodzaju absolutyzmu papieskiego.

    Papieska przysięga zawarta w Liber Diurnus Romanorum Pontificum postrzegała jako główny obowiązek i najdonioślejszą cnotę nowego papieża jego niezłomną wierność Tradycji przekazanej mu przez wszystkich jego poprzedników: „Nihil de traditione, quod a probatissimis praedecessoribus meis servatum reperi, diminuere vel mutare, aut aliquam novitatem admittere; sed ferventer, ut vere eorum discipulus et sequipeda, totis viribus meis conatibusque tradita conservare ac venerari” (Nie zmieniać nic z powierzonej Tradycji i nie ingerować w nic z tego, co zastałem i co chronili moi Bogu mili poprzednicy, nie zmieniać tego i nie dopuszczać w tym żadnych innowacji, z jaśniejącą miłością jako jej wierny uczeń i następca, chronić ze czcią przekazane mi dobro, ze wszystkich sił i najwyższym wysiłkiem”).

    Ta sama przysięga papieska nazywała bardzo konkretnie wierność dla lex credendi (zasady wiary) i dla lex orandi (zasady modlitwy). W odniesieniu do lex credendi (zasady wiary), tekst przysięgi stanowi:
    “Verae fidei rectitudinem, quam Christo autore tradente, per successores tuos atque discipulos, usque ad exiguitatem meam perlatam, in tua sancta Ecclesia reperi, totis conatibus meis, usque ad animam et sanguinem custodire, temporumque difficultates, cum tuo adjutorio, toleranter sufferre” („Przysięgam zachowywać ze wszystkich moich sił, nawet do chwili śmierci i do przelania mojej krwi, integralność prawdziwej wiary, której autorem jest Chrystus i która przez Twoich następców i uczniów została przekazana mojej skromnej osobie, i którą znalazłem w Twoim Kościele. Przysięgam też znosić z cierpliwością wszystkie trudności czasu”).

    W odniesieniu do lex orandi przysięga papieska brzmi:
    “Disciplinam et ritum Ecclesiae, sicut inveni, et a sanctis praecessoribus meis traditum reperi, illibatum custodire” („Przysięgam dochować w stanie nienaruszonym dyscypliny i liturgii Kościoła, jak je zastałem i jak zostały one przekazane przez moich świętych poprzedników”).

    W ostatnich stu latach miało miejsce kilka przykładów swego rodzaju papieskiego absolutyzmu w kwestii zmian dotyczących liturgicznej tradycji Kościoła. W odniesieniu do lex orandi drastyczne zmiany zostały poczynione przez papieży Piusa X, Piusa XII i Pawła VI, natomiast w odniesieniu do lex credendi – przez papieża Franciszka.

    Pius X stał się pierwszym papieżem w historii Kościoła łacińskiego, który dokonał radykalnej reformy w układzie psalmodii (cursus psalmorum), której skutkiem było skonstruowanie, biorąc pod uwagę rozłożenie psalmów, nowego rodzaju Boskiego Oficjum. Następnym przypadkiem był papież Pius XII, który zatwierdził do liturgicznego użytku radykalnie zmienioną łacińską wersję liczącego tysiące lat, melodyjnego tekstu psałterza Wulgaty. Nowy łaciński przekład, tak zwany „Psałterz Piusowy”, był tekstem sztucznie sfabrykowanym przez naukowców i w swojej sztuczności był ledwo artykułowalny. Nowe łacińskie tłumaczenie, trafnie krytykowane za pomocą porzekadła: „accessit latinitas, recessit pietas”, zostało następnie de facto odrzucone przez cały Kościół za pontyfikatu Jana XXIII. Papież Pius XII zmienił ponadto liturgię Wielkiego Tygodnia, liczący tysiące lat skarb liturgiczny Kościoła, częściowo wprowadzając wymyślone ex novo rytuały. Jednakże bezprecedensowe zmiany liturgiczne zostały wprowadzone przez papieża Pawła VI wraz z rewolucyjną reformą rytu Mszy Świętej i rytu wszystkich innych sakramentach, liturgiczną reformą, której żaden poprzedni papież nie odważył się przeprowadzić w tak radykalny sposób.

    Teologicznie rewolucyjna zmiana została wprowadzona przez papieża Franciszka w tym sensie, że zaaprobował on praktykę niektórych kościołów lokalnych polegającą na dopuszczaniu w pojedynczych przypadkach seksualnie aktywnych cudzołożników (którzy współżyją w tak zwanych „związkach nieuregulowanych”) do Komunii Świętej. Nawet jeśli te lokalne normy nie stanowią ogólnej normy w Kościele, oznaczają one w praktyce wyrzeczenie się Bożej prawdy o absolutnej nierozerwalności ważnego i skonsumowanego małżeństwa sakramentalnego. Inna dokonana przez niego zmiana w kwestiach doktrynalnych polega na zmianie biblijnej i niezmiennej, liczącej dwa tysiące lat doktryny dotyczącej zasady słuszności kary śmierci. Następną doktrynalną zmianę stanowi zaaprobowanie przez papieża Franciszka zdania w dokumencie międzyreligijnym z Abu Dhabi podpisanym 4 lutego 2019 r., które stanowi, że różnorodność płci wraz z różnorodnością ras oraz różnorodnością religii jest wyrazem mądrej woli Boga. To sformułowanie jako takie wymaga oficjalnej korekty papieskiej; w przeciwnym razie będzie w sposób ewidentny stać w sprzeczności z pierwszym przykazaniem Dekalogu oraz z nieomylnym i jasnym nauczaniem naszego Pana Jezusa Chrystusa; będzie zatem stać w sprzeczności z Boskim Objawieniem.

    Z tym, co wyżej opisano kontrastuje godne podziwu i skłaniające do refleksji wydarzenie z życia papieża Piusa IX, który na prośbę grupy biskupów wnioskujących o drobną zmianę w Kanonie mszalnym (wprowadzenie imienia św. Józefa) odpowiedział: „Nie mogę tego zrobić. Jestem tylko papieżem!”

    Szczególnie naszych czasach każdy papież i wszyscy wierni powinni modlić się wytrwale słowami modlitwy o. Prospera Guerangera, w której chwali on św. Leona II, papieża, za jego niestrudzoną obronę integralności wiary w okresie, który nastąpił po kryzysie wywołanym przez papieża Honoriusza I:

    Święty Leonie, podtrzymuj w każdym czasie Pasterza, który rządzi Kościołem Chrystusowym, aby trzymał się z daleka od ciemnych, mglistych wyziewów ziemi; zachowaj w piersi wiernej owczarni wiecznie żywą, silną modlitwę, która powinna być nieustannie zanoszona za niego przez Kościół (por. Dz 12, 5), a wtedy Piotra, nawet jeśli tkwiłby w okowach, w głębi najciemniejszych lochów, dosięgnie Słońce Sprawiedliwości i jasno ujrzy on swą drogę w tych czystych promieniach; i zajaśnieje wówczas całe ciało Kościoła. Ponieważ Jezus powiedział: Światłem ciała jest oko. Jeśli więc twoje oko jest zdrowe, całe twoje ciało będzie w świetle (Mt 6,22). Uświadamiamy sobie bardziej siłę Skały, na której stoi Kościół; wiemy, że bramy piekła nigdy jej nie przemogą (Mt 16, 18). Albowiem z pewnością usiłowania duchów ciemności nigdy nie posunęły się tak dalece, jak w czasach owego smutnego kryzysu [papieża Honoriusza I], któremu ty położyłeś koniec; nie odniosły one zwycięstwa, jakkolwiek mogło się tak zdawać, zaprzeczając Boskiej obietnicy: albowiem to nauczaniu Piotra jest niezawodne zapewnione wsparcie Ducha Świętego, a nie jego [papieża Honoriusza] milczeniu [i jego wsparciu dla herezji]” (The Liturgical Year, London 1900 r., tom. 12, str. 377 -378).

    Ekstremalnie rzadki przypadek papieża-heretyka lub półheretyka należy znosić i przecierpieć w świetle wiary w Boską naturę i niezniszczalność Kościoła i urzędu Piotrowego. Święty Leon Wielki, papież sformułował tę prawdę mówiąc, że godność świętego Piotra nie słabnie w jego następcach, niezależnie od tego, jak bardzo byliby niegodni: „Cuius dignitas etiam in indigno haerede non deficit” (Serm. 3, 4).

    Mogłaby zaistnieć prawdziwie wyjątkowa sytuacja, w której papież molestowałby seksualnie nieletnich lub podwładnych w Watykanie. Co powinien uczynić Kościół w takiej sytuacji? Czy powinien tolerować papieża – seksualnego drapieżnika nieletnich lub podwładnych? Jak długo Kościół powinien tolerować takiego papieża? Czy powinien on utracić papiestwo ipso facto z powodu seksualnego molestowania nieletnich lub podwładnych? W takiej sytuacji mogłaby powstać nowa kanoniczna lub teologiczna teoria lub opinia dopuszczająca zdetronizowanie papieża i utratę przez niego jego urzędu z powodu potwornych przestępstw moralnych (np. seksualnego molestowania nieletnich i podwładnych). Taka opinia byłaby odpowiednikiem opinii dopuszczającej zdetronizowanie papieża i utratę przez niego jego urzędu z powodu herezji. Jednakże taka nowa teoria lub opinia (zdetronizowanie papieża i utrata przez niego urzędu z powodu przestępstw seksualnych) z pewnością nie odpowiadałaby odwiecznej myśli i praktyce Kościoła.

    Tolerowanie papieża-heretyka jako krzyż z pewnością nie oznacza bierności lub aprobaty dla jego niewłaściwego postępowania. Należy czynić wszystko, co możliwe, by zażegnać sytuację papieża-heretyka. Dźwiganie krzyża papieża-heretyka w żadnym przypadku nie oznacza przyzwolenia na jego herezje lub zachowania bierności Podobnie ludzie muszą dźwigać jako krzyż, na przykład niegodziwy lub ateistyczny reżim (jakże wielu katolików żyło pod butem takiego reżimu w Związku Radzieckim i znosiło tę sytuację jako krzyż w duchu pokuty), podobnie rodzice muszą dźwigać jako krzyż dorosłe dziecko, które przestało wierzyć w Boga lub zaczęło wieść niemoralne życie, podobnie też członkowie rodziny muszą na przykład dźwigać krzyż ojca-alkoholika. Rodzice nie mogą „usunąć” błądzącego dziecka z grona rodziny, podobnie jak dzieci nie mogą „usunąć” błądzącego ojca z grona rodziny, nie mogą go też pozbawić tytułu „ojca”.

    Pewniejsza droga nieusuwania papieża-heretyka odzwierciedla bardziej nadprzyrodzony pogląd Kościoła. Taka droga, ze swymi praktycznymi, konkretnymi środkami i czynami zaradczymi w żadnym razie nie oznacza bierności lub kolaboracji z papieskimi błędami, lecz bardzo czynne zaangażowanie i autentyczne współczucie dla Kościoła, który w czasach papieża-heretyka lub półheretyka doświadcza swoich godzin Golgoty. Im bardziej papież szerzy doktrynalne niejasności, błędy lub nawet herezje, tym bardziej zajaśnieje prawdziwa wiara katolicka maluczkich w Kościele: wiara niewinnych dzieci, zakonnic, w szczególności wiara ukrytych klejnotów Kościoła, sióstr klauzurowych, wiara bohaterskich i cnotliwych wiernych świeckich ze wszystkich sfer społecznych, wiara poszczególnych kapłanów i biskupów. Czysty płomień wiary katolickiej, częstokroć rozniecany przez ofiary i akty pokuty, będzie palił się jaśniej niż tchórzostwo, niewierność, duchowa niewzruszoność i zaślepienie papieża-heretyka.

    Dzięki Boskiej naturze Kościoła może on istnieć i żyć przez pewien czas bez względu na panującego papieża-heretyka właśnie z powodu prawdy, że papież nie jest synonimem Kościoła, nie jest z nim tożsamy. Boska natura Kościoła jest taka, że nawet papież-heretyk nie jest w stanie zniszczyć Kościoła, nawet jeśli w znacznym stopniu niszczy życie Kościoła; jego działania są ograniczone w czasie. Wiara całego Kościoła jest większa i silniejsza niż błędy papieża-heretyka i tej wiary nie może pokonać nawet papież-heretyk. Niezmienność całego Kościoła jest większa i bardziej trwała niż stosunkowo krótkookresowa katastrofa, jaką jest papież-heretyk. Prawdziwą skałą, na której wzniesiona jest niezniszczalność wiary Kościoła i świętości, jest sam Chrystus; papież jest jedynie jego narzędziem, podobnie jak każdy kapłan lub biskup jest jedynie narzędziem Chrystusa Najwyższego Kapłana.

    Doktrynalne i moralne zdrowie Kościoła nie zależy jedynie od papieża, ponieważ Boskie Prawo doktrynalnego i moralnego zdrowia Kościoła w nadzwyczajnych przypadkach papieża-heretyka zagwarantowane jest w wierności nauczania biskupów i ostatecznie również w wierności wszystkich wiernych świeckich, czego skutecznie dowiódł bł. Jan Henryk Newman, dowiodła tego też historia. Doktrynalne i moralne zdrowie Kościoła nie zależy w istocie w tak dużym stopniu od stosunkowo krótkotrwałych błędów doktrynalnych jednego papieża, by deponować go z urzędu. Podobnie jak Kościół może przetrwać czas bez papieża, co zdarzyło się już w historii nawet przez okres siedmiu lat, tak jest on, z ustanowienia Bożego, wystarczająco silny, by przetrwać krótkotrwały [pontyfikat] papieża-heretyka.

    Akt detronizacji papieża z powodu herezji lub ogłoszenie wakatu na Stolicy Piotrowej z powodu utraty urzędu przez papieża-heretyka ipso facto byłby rewolucyjną nowością w życiu Kościoła, w dodatku dotyczącą wielce istotnej kwestii konstytucji i życia Kościoła. W takiej delikatnej kwestii – nawet jeśli ma ona charakter praktyczny, a nie czysto doktrynalny – lepiej podążać pewniejszą drogą (via tutior) odwiecznego zmysłu Kościoła. Niezależnie od faktu, że trzy kolejne sobory ekumeniczne (Trzeci Sobór Konstantynopolitański w 681 r., Drugi Sobór Nicejski w 787 r. oraz Czwarty Sobór Konstantynopolitański w 870 r.) oraz św. Leon II, papież w 682 r. ekskomunikowali papieża Honoriusza I z powodu herezji, nie stwierdzili oni choćby w sposób domyślny, że Honoriusz I utracił papiestwo ipso facto z powodu herezji. W istocie pontyfikat papieża Honoriusza I uznawany był za ważny nawet po tym, jak w swoich listach do patriarchy Sergiusza z 634 r. poparł herezję, ponieważ panował po tym jeszcze przez cztery lata, aż do 638 r.

    Następująca zasada, sformułowana przez św. Stefana I, papieża (+275), mimo iż w innym kontekście, powinna być wskazówką postępowania w wysoce delikatnym i rzadkim przypadku papieża-heretyka: “Nihil innovetur, nisi quod traditum est”, tzn. „Nie należy wprowadzać niczego, co nie zostało odziedziczone”.

    20 marca 2019 r.

    + Athanasius Schneider, Biskup Pomocniczy Archidiecezji Najświętszej Maryi Panny w Astanie, w Kazachstanie.

    Źródło: https://rorate-caeli.blogspot.com/2019/03/important-guest-op-ed-bishop-schneider.html
    Tłumaczenie: Izabella Parowicz
    Konsultacja teologiczna tłumaczenia: ks. dr Jarosław Powąska.

  2. Szanowni Państwo,

    prawie 200 000 Polaków mieszkających w Norwegii żyje w obawie o swoje rodziny i dzieci. Wielu z nich jest prześladowanych przez bezwzględny urząd Barnevernet, pierwowzór niemieckiego Jugendamtu. Nadzieją dla rodziców był od pięciu lat polski konsul dr Sławomir Kowalski, niezwykle szanowany przez naszych rodaków, którym służył zdecydowaną, bezkompromisową walką o ich rodziny. Niespodziewanie kilka dni temu norweskie władze zażądały wydalenia konsula z Norwegii.

    Stańmy murem za konsulem!

    Zarzewiem skandalu dyplomatycznego była sytuacja w ośrodku wychowawczym w miejscowości Hamar. Dr Sławomir Kowalski pojechał tam, by udzielić wsparcia prawnego polskiej rodzinie, której syn został nagle zabrany przez urzędników Barnevernet. Choć konsul miał prawo rozmawiać z polskim dzieckiem, norwescy policjanci zignorowali prawo międzynarodowe i siłą wyrzucili go z budynku.

    Po interwencji Norwegowie twierdzili, że to konsul Kowalski utrudniał pracę urzędnikom Barnevernet.

    Dlatego Ordo Iuris dotarło i ujawniło nagranie z całego zajścia, ukazujące kontrast miedzy spokojnym, profesjonalnym zachowaniem dr. Kowalskiego a agresywnymi policjantami, łamiącymi standardy dyplomatyczne i naruszającymi nietykalność osobistą konsula. Widać wyraźnie, że cała sytuacja miała charakter bezprecedensowej prowokacji. Nagranie ma już prawie 250 000 odsłon, przyczyniło się do rządowego kryzysu w Norwegii i słusznego oburzenia dyplomatów wielu krajów.

    Oburzające postępowanie Norwegii
    Polacy w Norwegii, jak i w kraju są zszokowani sposobem potraktowania polskiego dyplomaty i naruszenia gwarantowanego prawem statusu konsula. Dr Kowalski, któremu tę funkcję powierzył jeszcze ówczesny Minister Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski, zyskał powszechny szacunek i sympatię jako osoba niezwykle zaangażowana w pomoc Polakom i wykonująca swoje obowiązki nad wyraz rzetelnie. Słynął z tego, że śpieszył z pomocą rodakom nawet w środku nocy czy w dniu wolnym od pracy, traktując swój urząd jako prawdziwe powołanie, co dostrzegł również kolejny rząd, wyróżniając go w 2016 r. nagrodą MSZ im. Andrzeja Kremera „Konsul Roku”.

    Skuteczny i niewygodny
    Nie ulega wątpliwości, że niestrudzone wysiłki dyplomaty na rzecz polskich rodzin były nie na rękę Barnevernet. Według doniesień medialnych w ciągu minionych pięciu lat konsul podjął około 150 interwencji dotyczących odbierania dzieci polskim rodzinom, czym niewątpliwie naraził się wszechwładnemu urzędowi.

    Warto dodać, że tylko w niecałe dwa lata Europejski Trybunał Praw Człowieka przyjął do rozpoznania 8 spraw przeciwko Norwegii o naruszenie zasady ochrony życia rodzinnego. W jednym z artykułów prasowych norweski parlamentarzysta Morten Ørsal Johansen skwitował dosadnie niekontrolowany rozrost Barnevernet: „Stali się państwem w państwie, nie stosują się do obowiązującego prawa i zasad. Wygląda na to, że mają tylko jeden cel: odebrać tak wiele dzieci, jak to tylko możliwe”.

    „Stańmy murem za konsulem”
    Dlatego od początku zaangażowaliśmy się w obronę dyplomaty. Natychmiast uruchomiliśmy na naszym portalu „MaszWpływ” petycję do polskiego MSZ pt. „Stańmy murem za konsulem”, którą tylko w ciągu kilku dni podpisało już ponad 22 tysiące osób, w tym duża grupa Polaków mieszkających w Norwegii.

    Na wyraźną prośbę przyjaciół z Norwegii opublikowaliśmy też list do premier Norwegii pt. „Support the Polish Consul”, w którym każdy może wyrazić swoje oburzenie zarówno sposobem potraktowania polskiego dyplomaty, jego bezpodstawnym wydaleniem z Norwegii, jak i rażącym łamaniem obowiązujących regulacji prawa międzynarodowego.

    Wspieram działania Ordo Iuris

    Patologiczny urząd

    Prawnicy Ordo Iuris na co dzień przekonują się, ile krzywdy wyrządza norweski Urząd ds. Dzieci. Naszą pomocą prawną wsparliśmy już 18 rodzin (13 polskich i 5 norweskich). Jedną z najgłośniejszych była sprawa Norweżek – Silije Garmo i jej córeczki Eiry, którym po naszej interwencji Minister Spraw Zagranicznych Jacek Czaputowicz przyznał azyl w Polsce.

    Obecnie udzielamy pomocy prawnej 6 rodzinom skrzywdzonym przez Barnevernet. Każda sprawa to dramat zrozpaczonych rodziców i przestraszonych dzieci, które doświadczają wielomiesięcznej rozłąki oraz paraliżującego strachu przed utratą najbliższych.

    Zdaję sobie sprawę, że choć pomoc ta jest ogromnie ważna, to jednak jest to tylko kropla w morzu potrzeb. Dlatego już niebawem Ordo Iuris opublikuje raport o naruszeniach, których dopuszcza się Urząd ds. Dzieci (Barnevernet). Jestem przekonany, że potrzebna jest gruntowna reforma tej instytucji, która zamiast pomagać rodzicom i dzieciom, krzywdzi je na masową skalę.

    Walka z tą patologią nie będzie łatwa, co wyraźnie pokazała sprawa polskiego konsula. Rząd Norwegii wystawił na szwank swoje dobre imię, aby nie dopuścić do reformy Barnevernet. Ufam jednak, że dzięki wsparciu naszych Darczyńców, wystarczy nam środków i determinacji, by zatrzymać tę destrukcyjną urzędniczą maszynę.

    Łączę wyrazy szacunku

    adw. Jerzy Kwaśniewski – Prezes Instytutu na Rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris

    P.S. Niestety model norweski przenika również do polskiego systemu pomocy rodzinie. W 2010 roku znowelizowano polskie prawo, wprowadzając do niego norweskie rozwiązana i pozwalając na zabieranie dzieci przez urzędników bez wyroku sądu. Zamierzenia ówczesnego rządu szły jeszcze dalej. Ujawniając skalę bezprawia Barnevernet i krzywdy polskich rodzin w Norwegii, powstrzymujemy wdrażanie nieludzkiego prawa w naszej Ojczyźnie.

  3. Ksiądz Stanisław Suchowolec (1958 – 1989)
    ks_stanisław_suchowolec
    Ksiądz Stanisław Suchowolec był jednym z tych kapłanów, których komunistyczny aparat przemocy pozbawił życia u schyłku PRL. Został zamordowany za głoszenie prawdy (30 stycznia 1989). Tak jak jego przyjaciel ksiądz Jerzy Popiełuszko, jak dominikanin ojciec Stanisław Kowalczyk, jak księża Stefan Niedzielak i Sylwester Zych. Aby ofiara i męczeństwo tego prawdziwego świadka Chrystusa Zmartwychwstałego oraz gorącego patrioty nie uległy w naszej pamięci zatarciu, przypomnijmy historię jego życia i śmierci.
    Ksiądz Stanisław Suchowolec urodził się 13 maja 1958 roku w Białymstoku. Był jedynakiem.

    Z rodzinnego domu, stojącego na osiedlu Wygoda, wyniósł tradycje głębokiej wiary katolickiej i patriotyzmu. Jego ojciec, Marian Suchowolec, był ranny w 1939 roku. Później został żołnierzem Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Matka Bronisława, z domu Konończuk, w czasie okupacji w wieku 15 lat została wywieziona na roboty przymusowe do Niemiec.

    WYBÓR DROGI

    W 1977 roku Stanisław Suchowolec kończy III Liceum Ogólnokształcące i zostaje alumnem Archidiecezjalnego Wyższego Seminarium Duchownego w Białymstoku. Ksiądz Stanisław w wywiadzie udzielonym redaktorowi podziemnego wrocławskiego „Biuletynu Dolnośląskiego” tak oto mówił o genezie swojego wyboru: „Patriotyzm, zamiłowanie do historii, ukochanie Boga wyniosłem z domu rodzinnego. (…) Dlatego, gdy stanąłem przed podjęciem decyzji, gdzie mam iść, wiedziałem, że muszę iść tam, gdzie będę mógł służyć najlepiej Bogu i Ojczyźnie. Wiedziałem, że tylko w Kościele, tylko jako kapłan mogę dawać świadectwo prawdzie i mogę służyć ludziom w miarę swych skromnych możliwości”.

    Stanisław Suchowolec został diakonem w czerwcu 1982 roku, a rok później, 11 czerwca 1983 roku, z rąk księdza biskupa Edwarda Kisiela, administratora apostolskiego archidiecezji białostockiej, otrzymał święcenia kapłańskie. Wkrótce dostał też pierwszą nominację na wikariusza w parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Suchowoli.

    PRZYJACIEL KSIĘDZA JERZEGO

    Zaledwie 4 kilometry dzielą Suchowolę od wsi Okopy, gdzie znajduje się dom rodzinny kapłana i męczennika księdza Jerzego Popiełuszki. Wikary z Suchowoli należał do częstych gości domu Marianny i Józefa Popiełuszków. Ich syn stał się wkrótce dla niego najlepszym przyjacielem oraz wzorem człowieka i kapłana.

    Podczas jednej z ostatnich wizyt w domu ksiądz Jerzy tak powiedział do swojej przeczuwającej nieszczęście matki: – Mamo, nie martw się. Jeśli – nie daj Boże – mnie się coś stanie, to przecież Staszek mnie zastąpi.

    Niedługo po wypowiedzeniu tych słów dwaj przyjaciele, kapłani umówili się wstępnie na Mszę Świętą w intencji Ojczyzny w suchowolskim kościele, która miała się odbyć 11 listopada 1984 roku. Niestety, ksiądz Jerzy Popiełuszko nie mógł w niej już uczestniczyć. Dnia 19 października 1984 roku został bestialsko zamordowany przez pracowników komunistycznych służb bezpieczeństwa. Przewodził im Grzegorz Piotrowski z IV Departamentu (tzw. kościelnego) MSW. Msza Święta za Ojczyznę miała więc charakter żałobny. Przybyły na nią do Suchowoli tłumy ludzi z całej Polski.

    MSZE ŚW. ZA OJCZYZNĘ

    O tym, jak zostały zainicjowane Msze Święte za Ojczyznę w Suchowoli, ksiądz Stanisław Suchowolec mówił: „Odkąd go znałem, zawsze ksiądz Jerzy pragnął, aby Msze w intencji Ojczyzny były również odprawiane w jego rodzinnej parafii. Zawsze też starałem się tę inicjatywę odciągnąć, gdyż jest to środowisko rolnicze, które było nieco w tyle pod względem ruchów solidarnościowych, charakterystycznych raczej dla wielkich ośrodków miejskich. Mimo to ksiądz Jerzy nie zaniechał starań i w końcu uległem jego namowom”.

    Młody suchowolski wikary, począwszy od listopada 1984 roku, w każdą drugą niedzielę miesiąca odprawiał Mszę Świętą za Ojczyznę. Wierni modlili się przede wszystkim o wolność dla Polski i o rychłe rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego księdza Jerzego Popiełuszki. Od tej pory białostockie służby bezpieczeństwa zaczęły ze szczególną uwagą obserwować księdza Stanisława.

    „UCISZYĆ” KSIĘDZA

    Kierownicy wojewódzkiej instancji partyjnej, w porozumieniu z Wydziałem do spraw Wyznań Urzędu Wojewódzkiego w Białymstoku, ponaglali szefów bezpieki, aby skutecznie „uciszyli” księdza Stanisława.

    Efektem tych ponagleń było podjęcie utajnionych decyzji o rozpoczęciu przez Służbę Bezpieczeństwa bezprawnych działań operacyjnych wymierzonych w kapłana. Ksiądz Suchowolec zaczął otrzymywać anonimowe listy z groźbami pozbawienia życia. Dzwonili też do niego ludzie „bez imienia”, grożąc: „Zdechniesz jak Popiełuszko” itp. Kapłan został kilkakrotnie napadnięty i pobity.

    Ksiądz Stanisław Suchowolec, jak każdy kapłan katolicki w Polsce Ludowej, był obserwowany przez funkcjonariuszy tajnych służb. Dokładnie sprawdzono, z jakiego środowiska się wywodzi. Zebrano wszystkie informacje o jego rodzicach i dalszej rodzinie. Zasięgnięto opinii w szkole, w której się uczył. Wszystkie informacje dotyczące wikarego Stanisława Suchowolca gromadzono w tzw. Teczce Ewidencji Operacyjnej Księdza – w żargonie funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa – TEOK – oznaczonej numerem 44175. Została ona założona 19 marca 1978 roku, a więc nieco ponad pół roku po wstąpieniu maturzysty do seminarium.

    NA DOJLIDACH

    W lipcu 1986 roku ksiądz Stanisław został przeniesiony na stanowisko wikarego w parafii Niepokalanego Serca Maryi w Białymstoku – osiedle Dojlidy. Wrócił więc do swojego rodzinnego miasta. Zaraz też, przy akceptacji kościelnych przełożonych, wprowadził w parafii Msze Święte za Ojczyznę.

    Homilie księdza Suchowolca, pełne treści nie tylko religijnych, ale też historycznych i patriotycznych, przyciągały do kościoła coraz więcej ludzi. W nabożeństwach uczestniczyli nie tylko wierni z Białegostoku, ale także wielu przedstawicieli „Solidarności” z Wybrzeża, Warszawy, Krakowa, ze Śląska, a nawet z Opola i Wrocławia.

    Ksiądz Suchowolec zainicjował przy białostockim kościele na Dojlidach budowę symbolicznego grobu i pomnika ku czci księdza Jerzego Popiełuszki. Tworzył duszpasterstwo robotnicze. Został także kapelanem Konfederacji Polski Niepodległej w Białymstoku. W tym też czasie, za zgodą swego ordynariusza, podjął studia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

    „NIEZNANI SPRAWCY”

    Służba Bezpieczeństwa nie patrzyła na działania księdza bezczynnie. Członkowie „specgrupy” ciągle zbierali informacje o zwyczajach księdza Suchowolca oraz o rozkładzie jego cyklicznych zajęć w poszczególnych dniach tygodnia. Wiedzieli nie tylko, jaki jest układ architektoniczny pomieszczeń plebanii, ale znali także wyposażenie mieszkania wikarego, typ mebli i ich rozmieszczenie. Posiadali informacje o liczbie kluczy do wszystkich drzwi plebanii oraz o osobach, które nimi dysponowały.

    Ksiądz Stanisław Suchowolec miał prawie nowy samochód volkswagen passat. W grudniu 1987 roku jakaś nieznana dłoń poluzowała cztery śruby w tylnym kole pojazdu. W styczniu 1988 roku ta sama dłoń odkręciła w aucie nakrętkę końcówki kolumny kierowniczej. Na przestrzeni 1988 roku jeszcze wiele razy uszkadzano auto księdza i tylko dzięki Bożej opiece nic złego się nie stało. – Wysoce prawdopodobne wydaje się, że osoby dokonujące uszkodzeń samochodu miały duplikaty kluczy do pojazdu i garażu – komentuje te bandyckie zachowania bezpieki przyjaciel księdza, mecenas Lech Lebensztejn.

    – Staszek był przekonany, że jest inwigilowany – mówi ksiądz Józef Koszewnik, wikariusz z parafii na Dojlidach. – Miał wrażenie, że jest śledzony. Nie lubił na ten temat rozmawiać, ale kilka razy o tym wspomniał. Ja, jak i nasi znajomi, widziałem niejednokrotnie stojące w pobliżu kościoła i plebanii auta, w których długi czas przesiadywali nieznani mężczyźni – wspomina ksiądz Koszewnik. Przyjaciele księdza uznali w końcu, że trzeba go chronić i zorganizowali straż społeczną, czyli dziesięć osób, które cały czas na zmianę dbały o jego bezpieczeństwo.

    PĘTLA SIĘ ZACIEŚNIA

    Dnia 22 stycznia 1989 roku do Białegostoku dotarła wiadomość o zamordowaniu księdza Stefana Niedzielaka, wielkiego patrioty, znanego kaznodziei, niestrudzonego orędownika ujawnienia prawdy o zbrodni katyńskiej i gehennie deportowanych na Wschód przez Sowietów obywateli polskich. Wiadomość ta była dla wielu opozycjonistów szokiem. Ksiądz Stanisław Suchowolec zaczął się teraz poważnie obawiać o swoje życie.

    Włodzimierz Sikora, przewodniczący organizacji Niezależny Ruch Społeczny, usłyszał wtedy od księdza takie wyznanie: „Pętla wokół mnie zacieśnia się coraz bardziej. Czuję się osaczony i zdradzony. Żyję pod ciągłą presją. Mam graniczące z pewnością przekonanie, że bez wiedzy służb bezpieczeństwa nie mogę zrobić jednego kroku”.

    ZBRODNIA

    Niestety, przeczucia księdza Stanisława Suchowolca okazały się uzasadnione.

    Dnia 30 stycznia 1989 roku, w nocy, w budynku dojlidzkiej plebanii ksiądz Edward Rafało budzi się ze snu z silnym bólem głowy. Chce zapalić lampkę nocną, jednak okazuje się, że nie ma prądu. Wstaje więc, aby znaleźć przyczynę awarii. Dołączają do niego ksiądz Józef Koszewnik i gospodyni. Wszyscy wyraźnie czują zapach spalenizny.

    Podchodzą do drzwi pokoju księdza Suchowolca, skąd wydobywa się nieprzyjemny swąd. Są mocno zaniepokojeni, ponieważ obronna suka Nika rasy doberman, która należy do księdza Stanisława, nie szczeka, jak to zwykle bywało.

    Pukanie do drzwi nic nie daje, więc ksiądz Rafało wyważa je. W środku, na korytarzu leży zdechła Nika, a niedaleko łóżka znajdują ciało księdza Stanisława Suchowolca.

    Kapitan Michał Michałowski, oficer dyżurny Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Białymstoku, 30 stycznia 1989 roku, w notatce dyżurnej zapisał informację: „…powiadomili mnie, że w pomieszczeniu, gdzie spał ksiądz Stanisław Suchowolec, zapaliła się lampka nocna w plastikowej obudowie, wskutek czego ksiądz zaczadział, ponosząc śmierć”.

    POGRZEB

    Pogrzeb księdza Stanisława Suchowolca wyznaczono na 3 lutego 1989 roku. Kapłan został pochowany w grobie przy kościele pod wezwaniem Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny w białostockiej dzielnicy Dojlidy.

    Dorota Stypułkowska-Wiszowata, znana białostocka aktorka teatralna, zaprzyjaźniona ze zmarłym, mówi: – Białystok długo nie widział takiego pogrzebu, jaki miał ksiądz Stanisław Suchowolec. Ludzi przyszło mnóstwo, mimo że tego dnia miała także miejsce inna uroczystość pogrzebowa. Żegnaliśmy bowiem białostockiego poetę Wiesława Kazaneckiego, zmarłego na zawał serca.

    Księdza Suchowolca odprowadzały 23 poczty sztandarowe zakładów pracy z całej Polski – z Huty Warszawa, z Zakładów Mechanicznych Ursus. Mszę Świętą żałobną koncelebrowało ponad 160 kapłanów. Na pogrzebie był także obecny ksiądz Sylwester Zych, kapelan warszawskich robotników. Został zamordowany przez komunistyczne służby bezpieczeństwa kilka miesięcy później.

    ZNAKI ZAPYTANIA

    Po kilku miesiącach, 16 czerwca 1989 roku Prokuratura Rejonowa w Białymstoku umorzyła śledztwo w sprawie śmierci księdza Stanisława Suchowolca. Uznano, że kapłan nie stracił życia w wyniku działań przestępczych. Zdaniem prokuratury, zgon był następstwem nieszczęśliwego wypadku, niezawinionego przez osoby trzecie, a śmierć nastąpiła w wyniku zatrucia tlenkiem węgla.

    Z postanowieniem o umorzeniu nie zgodził się mecenas Lech Lebensztejn, pełnomocnik Kurii Arcybiskupiej. Zarzucił gospodarzowi śledztwa błąd w ustaleniach faktycznych, polegający na przyjęciu hipotezy wbrew ujawnionym faktom i okolicznościom. Nikt jednak z prokuratury nie zwrócił uwagi na jego protesty.

    Równie tajemnicza jest sprawa śmierci kolejnego kapłana pełniącego posługę duszpasterską w dojlidzkiej parafii. Chodzi tu o księdza Edwarda Rafałę. To on 30 stycznia 1989 roku w budynku plebanii spał w pokoju obok, podczas gdy za ścianą mordercy pozbawili życia księdza Stanisława Suchowolca. Po tym tragicznym wydarzeniu miało miejsce włamanie do mieszkania księdza Rafały.

    Dziwne są okoliczności śmierci księdza Edwarda. Ciało księdza Rafały znaleziono na trasie Białystok – Warszawa, niedaleko wsi Radule, w samochodzie dosłownie wbitym w drzewo. Wiadomo, że 30 października 1995 roku, wieczorem, ksiądz Rafał odebrał telefon od człowieka, który podał się za ojca Mariana, werbistę z Poznania. Kilka godzin po tej rozmowie, której treści nie znamy, ksiądz już nie żył. W jego krwi znaleziono dużą dawkę alkoholu. Wszyscy, którzy znali księdza Edwarda, zgodnie twierdzą, że był abstynentem. Wiele jest tu niewiadomych.

    SPRAWCY BEZKARNI

    Białostocki urząd prokuratorski na początku września 1992 roku ogłosił oficjalny komunikat, że rzeczywistą przyczyną pożaru w mieszkaniu, a w konsekwencji powodem śmierci księdza Stanisława Suchowolca, było zbrodnicze podpalenie.

    Sprawców i inspiratorów zbrodni do dzisiaj nie wykryto.

    Adam Białous

  4. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

    Modlitwa


    Najświętsza Maryjo Panno i święty Józefie! Przez dzisiejsze najczystsze zaślubienie Wasze uproście nam u Jezusa czyste serca i myśli zbawienne, abyśmy Was w czystości, pokorze i świętości naśladując, stali się godnymi zażywać nieskończonej radości w Królestwie niebieskim. Amen.

    Zaślubiny Najświętszej Maryi Panny ze św. Józefem
    => https://www.ekspedyt.org/2019/01/23/zaslubiny-najswietszej-maryi-panny-ze-sw-jozefem/

  5. WASZYNGTON, DC, 19 stycznia 2019 r. ( LifeSiteNews ) – Podczas gdy media głównego nurtu w marcu 2011 r. Ukazały Marsz Życia jako uczestnictwo „tysięcy” i „dziesiątek tysięcy”, film poklatkowy z wydarzenia 18 stycznia od początku do końca maluje raczej inny obraz, który sugeruje znacznie większą liczbę.

    Uzyskanie dokładnej liczby tak dużego tłumu byłoby niemal nie do pokonania, ale studenci dla Life of America przygotowali 60-sekundowe wideo poklatkowe Marszu od początku do końca, które sugeruje, że setki tysięcy osób uczestniczyło w tym wydarzeniu.

  6. Św. Józef Sebastian Pelczar (1842 – 1924)

    Ks. Józef Sebastian Pelczar

    19 stycznia 1924 – w opinii świętości zmarł Józef Sebastian Pelczar, Biskup Przemyski, założyciel Zgromadzenia Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego, twórca Bractwa NMP Królowej Korony Polskiej, teolog i apologeta Kościoła Katolickiego , profesor, dziekan i rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, tercjarz franciszkański, społecznik, pisarz religijny (jego spuścizna pisarska obejmuje dzieła teologiczne, historyczne, z dziedziny prawa kanonicznego, podręczniki, modlitewniki, listy pasterskie, mowy i kazania) – Święty KRK
    (szczególnie dzisiaj postać tego świętego winna nas zainteresować)

  7. KAZANIA
    NA UROCZYSTOŚCI I ŚWIĘTA
    NIEPOKALANEJ DZIEWICY BOGARODZICY
    –––––––––––
    Na święto Przenajświętszej Rodziny (1)
    KAZANIE 1-e
    Jak się tworzy rodzina, jakie jej powinności
    KS. JÓZEF STANISŁAW ADAMSKI SI

    ––––––––

    “Sakrament to wielki jest, a ja mówię: w Chrystusie i w Kościele”. Efez. V, 32.

    W organizmie ludzkim, jak w ogóle w łonie całej organicznej przyrody, dwie ujawniają się siły: jedna niszcząca pierwiastki życiowe, – druga zachowawcza, naprawiająca ciosy przez pierwszą zadane. Podobnie dzieje się w łonie społeczeństw, narodów. Na jakimkolwiek stopniu cywilizacji one stoją, napotykamy w nich straszliwą siłę zniszczenia, która nie oszczędza żadnej klasy ludzi, która niweczy najświętsze, najlepiej stanowione rzeczy. Potrzeba więc, by Bóg w łonie ludzkości przeciwstawił siłę odporną, zachowawczą, która by społeczeństwo ludzkie zachowywała z wszystkimi jego znamionami wielkości, trwałości i świętości. Tą siłą Bożą, naprawiającą ruiny w społeczeństwach, to rodzina, chrześcijańska rodzina. “Szkodę, mówi Skarga, którą śmierć w ludziach czyni, gdy je z ziemi jako jabłka z drzewa zbiera, małżeństwo nagradza”. Małżeństwo, to sakrament społeczny, mający naprawiać ruiny, jakie śmierć nagromadza w społeczeństwie chrześcijańskim – i przygotować ród święty dzieci Bożych. Jak rodzina naturalna jest podwaliną cywilizowanych społeczeństw, tak rodzina chrześcijańska jest podstawą wielkiej społeczności chrześcijańskiej. Źródłem naturalnej rodziny jest małżeńskie zjednoczenie mężczyzny z niewiastą; by zaś to zjednoczenie stało się źródłem chrześcijańskiej rodziny, Bóg przeniósł je ze świata natury w świat łaski, podnosząc je do godności sakramentu.

    Rodzinę, chrześcijańską przede wszystkim rodzinę, za dni naszych zburzyć usiłują ci, którzy radzi by zniweczyć wszelki porządek społeczny, na zasadach ewangelicznych oparty. Jak owo widmo, nakreślone genialnym ołówkiem Grotgera, zapowiadające wojnę, pożogę, unosi się nad puszczą: tak dziś widmo straszliwe unosi się nie już tylko nad jednym nieszczęśliwym krajem, ale wszędzie potrząsa czerwoną chustą, a głowę strojną w krwawe wieńce podnosi ponad wszystkie Boże instytucje, wciska się do rodzin chrześcijańskich, zatruwa w nich zgodę, rozrywa węzły, obiecując rzekome szczęście “wolnej miłości”, tej wolności, która ma małżonkom przynieść swobodę od małżeńskiego jarzma!

    Małżeństwo, w myśl ludzi przewrotu i wolnomularzy, ma być tylko ugodą do czasu, do wypowiedzenia! Albo się ostoi małżeństwo i rodzina chrześcijańska, albo weźmie górę kontrakt czasowy; innymi słowy: albo zwycięży Kościół katolicki i wiara Chrystusowa, – albo też weźmie przewagę nowoczesne pogaństwo!

    Toczy się w dobie obecnej bój śmiertelny, w którym nie masz zawieszenia broni, ani układów. W pierwszym rzędzie idzie w tej wojnie o wiarę Chrystusową, o chrześcijańską rodzinę. Rzymianie zachęcali się w takich stanowczych chwilach do walki za ołtarze i ogniska (pro aris et focis); do tej walki za dni naszych zachęcają nas i nawołują Chrystusowi Namiestnicy, jak Pius IX, Leon XIII i obecny Ojciec święty, przypominający wiernym ów pierwowzór rodziny chrześcijańskiej: Przenajświętszą Rodzinę.

    Dnia 1 stycznia 1870 r. Pius IX potwierdził Bractwo Przenajświętszej Rodziny, do którego już wówczas tysiące rodzin chrześcijańskich należało, aby w ten sposób stawić skuteczny opór zamachom na podstawę społecznego i religijnego porządku. Jego następca, 20 listopada 1890 r. zatwierdził ponownie Bractwo Przenajświętszej Rodziny, a w dwa lata później wydał osobną konstytucję: Cum nuper nobis (20 czerwca 1892 r.), w której nadał rozliczne odpusty dla członków Bractwa Najświętszej Rodziny, a na cały Kościół przypisał duchowieństwu nowo ułożone Officium i Mszę św. Sanctae Familiae i naznaczył dlań trzecią niedzielę po Trzech Królach. Panujący zaś Papież, Pius X, wstępując na tron papieski, obrał sobie za hasło: odnowić wszystko w Chrystusie, a szczególnie rodzinę.

    W myśl więc Namiestników Chrystusowych, by się zachęcić do obrony zagrożonej chrześcijańskiej rodziny, przy dzisiejszej uroczystości przedstawię wam kilka uwag o rodzinie chrześcijańskiej, a mianowicie:

    1-o. Jak się tworzy rodzina.

    2-o. Jakie jej powinności.

    Błogosław, o Dziewico, Oblubienico dziewiczego Józefa i Matko Syna Bożego. Zdrowaś Maryjo.

    I. Jak się tworzy rodzina

    A najpierw: jak się tworzy rodzina? jakie jej źródło? jakie jej prawa?

    Utworzyć rodzinę wydaje się rzeczą prostą; jest w rzeczy samej w rodzinie coś bardzo prostego; pierwszym jej źródłem jest serce człowieka. Ani zmysły, ani umysł, nie wytwarzają rodziny. Zmysły, prędko rozprzęgłyby rodzinę, przy ich niestałości, przy takiej kruchości piękna, służącego im za przynętę. Rodzina nie wyłania się z umysłu. Cóż to umysł? Umysł to gwiazda samotna, która nie potrzebuje jednoczyć się z drugimi; umysł jest egoistą, chce być sam. Umysł pragnie napotkać krainy ciemne, noce zmroczne, by je rozświecić promieniami swej myśli; wszelako nie on tworzy rodzinę. Uczony w swoim gabinecie, z tradycjami przeszłości w księgach, z naturą, którą ma pod ręką, uczony wydaje się nie potrzebować innej rzeczy prócz rozumu, który świeci w nim, jak pochodnia, i prócz rodzimego sobie przedmiotu, który ścigają badawcze jego poszukiwania.

    Jest w nas coś lepszego niż zmysły, niż umysł; jest w nas coś czystszego, coś doskonalszego i udzielającego się, co nas upodabnia do Boga, co tkwi w centrum nas samych: tym jest serce, siedziba uczuć, czułości, przywiązania, miłości. Czułość, przywiązanie, miłość, jest kolebką rodziny; przywiązanie, to potrzeba życia niesamotnego; przywiązanie, miłość, to potrzeba życia w drugim, oddania się całego, by nasze życie przelało się w drugiego. I dlaczegoż my odczuwamy tę potrzebę? Dlaczego nie możemy się obejść bez miłowania, bez oddania się, bez wyzucia się z siebie, bez czynienia ofiar? Dlaczego ta czara miłości, w której tyle łez i krwi się mieści, jest człowiekowi tak drogą? Dlaczego? odpowiadam: bo tak jest w rzeczy samej, bo tak Bóg serce człowieka ukształcił. Miłujemy tę czarę, błogosławimy jej; ktokolwiek choć raz jeden trzymał ją i z niej pił, nie może już wyrzec się tego upojenia; on się już oddał, umiłował, poświęcił; on zrozumiał, że serce jest życiem całym, że można poświęcić wiele: umysł i zmysły, kiedy się miłuje.

    Zauważcie atoli, że przywiązanie, miłość, jest czymś bardzo poważnym, poważniejszym, aniżeli sobie wyobrażacie! Przywiązanie, miłość to jedność i nierozerwalność. Kto miłuje, miłuje jedną osobę ponad wszystkie. Kto miłuje, miłuje na zawsze. “Ty sam i na zawsze“, oto słowo, okrzyk przywiązania! Kto nie powiedział “Ty sam i na zawsze“, ten nigdy nie znał przywiązania, ten nigdy nie miłował. Bóg sam, który się nazwał zazdrosnym, powiedział nam wśród błyskawic na Synaju, a później wylewając krew swoją najświętszą na Golgocie: “Ja jestem waszym Bogiem, waszym Bogiem: zazdrosnym, bo jestem Miłością istotną, Ja żądam, by Mnie miłowano z całego serca, z całego umysłu, z całej duszy i ze wszystkich sił, ponad wszystko, ponad siebie samego. Ktokolwiek w ten sposób Mnie nie miłuje, ten nie jest z królestwa mojego, nie jest z wybranych moich!”. A równocześnie kiedy zastrzegał dla Siebie tę jedność i tę nierozerwalność, które tworzą duchową rodzinę dusz, równocześnie, lecz w drugim stopniu i poniżej Siebie, udzielał człowiekowi władzy miłowania jednej osoby i to na zawsze.

    Ludziom, którzy wielokrotnie zdradzili swe przysięgi, którzy miłowali tak krótko i tak mało w osamotnionej jedności, ludziom takim to, co mówię, wydaje się urojeniem. Ci atoli, którzy chrześcijańskie otrzymali wychowanie, w których dobre uczucia nie zostały zniszczone, wiedzą, że są przysięgi święte, których się dochowuje, których nigdy zapominać nie wolno, które nieustanne przynoszą szczęście!

    Ale czyż ta jedność i nierozerwalność nie rodzi pewnej jednostajności, niemocy, pewnych granic? Bynajmniej; w rodzinie jest zapewnione rozkwitanie jedności, nieustanne odmładzanie nierozerwalności; miłość, przywiązanie małżonków, odmładza się potomstwem. Kiedy szukając w waszych oczach tego, coście niegdyś w nich znajdowali, oddajecie sobie szczerze świadectwo, że nie jesteście już tym, czymeście byli, że nie jesteście już zdolnymi roztaczać czaru, jak ongi; wtedy ty, ojcze, ty matko, rzucając spojrzenie na dziecko wasze, widzicie, jak wdzięki piękności, czystości, niewinności, rozwijają się w nim, i podczas gdy wasze ciało chyli się do grobu, wasza miłość odnawia się i utrwala przez owoc waszej czystej miłości. A tak jedność nie jest jednostajną, ani nierozerwalność – miłości grobem. Przeciwnie, jedność wasza to zraz szczepiony na kwiecie i ciągle w nowych rozwijający się kwiatach potomstwa: Oto rodzina.

    Ale czyż serce wystarcza dla wytworzenia jedności i nierozerwalności małżeńskiej? Dałby Bóg by tak było! Bo gdyby serce samo wystarczało, szczęście rodziny byłoby zapewnione; ale tak wielkiego szczęścia nie możecie sobie obiecywać na ziemi. Serce to wiele, ale nie wszystko. Ono jest tak szerokie i tak głębokie, że wskutek samej swej rozległości i głębokości, nie wystarcza do zapewnienia jedności i nierozerwalności. Serce z jednej strony skłania się ku zmysłom, ku namiętnościom tj. ku czemuś, co jest istotnie znikome i zmienne. Kiedy, pomijając istotne pojęcie miłości, przychodzimy do rzeczywistości, wyznać musimy, że nie jesteśmy zdolni powiedzieć: “Ty sam i na zawsze” tj.: miłować z jednością i z nierozerwalnością. Niestety, dowodzić tego nie potrzebuję. Wiemy, że społeczeństwo ludzkie, to widownia tragedii, których początek był piękny a koniec smutny, przerażający! Dlaczego tak się dzieje? Dlatego, że serce nasze jest małe, ciasne, ruchliwe, niestałe, ani może wystarczać do zrealizowania ideału rodziny w stanie doskonałym tj.: rzeczywistą jedność i nierozerwalność pewną i trwałą.

    Toteż człowiek, czując swą słabość, już w najodleglejszej starożytności wezwał na pomoc swego serca to, co najbardziej obcym jest sercu, wezwał na swą pomoc prawo, i władzę publiczną. Z rzeczy prywatnej, jaką jest miłość, uczynił rzecz społeczną. Z rzeczy całkiem wewnętrznej uczynił rzecz, która by miała sankcję, obwarowanie powagi i rzeczy publicznej. Człowiek zawarł obowiązki rodzinne w obliczu społeczeństwa, ojczyzny; domagał się od sumienia i władzy publicznej, by jego przysięgę pod swoją wzięły opiekę. Stąd państwo za największą poczytuje sobie powinność, stać na straży przysięgi rodziny, przysięgi jedności i nierozerwalności, które stanowią jej podwalinę. Nie mówię tu bowiem o wielożeństwie niechrześcijańskich ludów.

    Ale serce i prawo, miłość i ojczyzna, dwie te rzeczy, jakkolwiek wielkie, nie wystarczają jeszcze dla utworzenia prawdziwej rodziny. Serce jest słabe, a prawo właśnie dlatego, że wnosi przymus we wszystko, co czyni, nie dosyć szanuje miłość, którą największą czcią chce otoczyć. Toteż wszędzie u stóp ołtarzy i pod puklerzem religii oblubieńcy, założyciele rodzin, przychodzą prosić o łaskę miłowania się, o łaskę miłowania się czyściej, o łaskę miłowania się wyłącznie, o łaskę miłowania się wytrwale i nierozerwalnie.

    W młodości pewne osoby schlebiają sobie niekiedy i sądzą, że dość posiadają wdzięków, by były miłowanymi. Wyobrażają sobie, że nie potrzebują, by im pobłogosławiono jak Racheli i Rebece; sądzą, że błogosławieństwo, jakie zstąpiło na Patriarchów, jest mniej im potrzebne; że w młodych rękach dzierżą przędzę własnego szczęścia; że źródło miłości nigdy w ich sercu nie wyschnie; sądzą, że dla miłości nie ma tych bajecznych bogiń, Parków, z których jedna trzymała nić delikatną, a druga nieubłagane nożyce; mniemają, że w wielkiej krainie serca i uczuć nie napotkają ani tej nici, ani tych nożyc! Sądzą, że kiedy się ma osiemnaście lub dwadzieścia lat, kiedy się jest otoczonym aureolą szczęścia lub przynajmniej nadzieją szczęścia, już nic nie zagraża miłości, ani im potrzeba łaski Bożej, czegoś nadprzyrodzonego do miłowania, a przynajmniej do wzajemnego znoszenia się, tym bardziej, gdy się miłowało aż do szału. Niestety! nie potrzeba czekać długo, trzydziestu np., lub czterdziestu lat, by się pozbyć tej iluzji; jeden nieraz rok, jeden dzień, jedna chwila, wystarcza do zburzenia całego miłości gmachu!

    Toteż Chrystus Pan, by zapewnić trwałą jedność i nierozerwalność w rodzinie, do nadziemskich, sakramentalnych wyżyn podniósł umowę małżeńską. Gdzie zachodzi Sakrament tam szerokim strumieniem spływa i błogosławieństwo Boże.

    Jakie skutki wytwarza ten wielki w Chrystusie i w Kościele sakrament małżeństwa? Łaska sakramentalna uświęcając doskonalej duszę małżonków, udoskonala ich miłość. Mówiliśmy przed chwilą, jak krucha, jak wiotką i zmienną jest miłość przyrodzona! Atoli łaska sakramentu nadaje jej trwałość granitu, chroni od rozczarowań, które lata w zacisze domowe wnoszą. Łaska ta czyni miłość cierpliwą, dodaje hartu, siły do opierania się zwycięsko życiowym burzom. Łaska czyni miłość wierną, zamykającą oczy i serce na inne świętokradzko narzucające się przedmioty. Ta łaska zadzierzga coraz silniej i ściślej święty i nierozerwalny węzeł małżeństwa sakramentu. O! jak często nierozerwalność małżeńska wymaga heroizmu! Boleści tego węzła nieraz dorównują torturom męczeństwa! A jednak podobnego heroizmu my codziennie naocznymi jesteśmy świadkami. Otóż jest to owoc łaski sakramentalnej. Ta łaska przede wszystkim uświęca małżonków, ich duszy i ciału daje siłę nadziemską do życia cnotliwego. Ale pamiętajcie, że małżeństwo jest sakramentem żyjących; nie udziela on pierwszej łaski: łaski usprawiedliwienia, – tylko przysparza łaski poświęcającej. Potrzeba zatem, by ten sakrament zastał już łaskę uświęcającą w duszy zaszczepioną. Wolność od grzechu śmiertelnego tak jest konieczną do godnego przyjęcia małżeństwa, że gdy tego niedostaje, oblubieńcy nie tylko nie przyjmują łaski sakramentu, ale złowieszczego na przyszłość dopuszczają się świętokradztwa. Na oczyszczonych z grzechu małżonków Duch Święty zstępuje, podobnie jak na Maryję, by to, co się z rodziny chrześcijańskiej zrodzi, było święte i nazwane synem Bożym: to cel główny chrześcijańskiego małżeństwa, chrześcijańskiej rodziny. Ma ona rodzić nie tylko dla ziemskiej ojczyzny synów jej godnych, ale i dla niebieskiej, – godnych jej dziedziców.

    Przejdźmy teraz do wykazania powinności chrześcijańskiej rodziny.

    II. Powinności chrześcijańskiej rodziny

    Już w poprzednich uwagach, kiedy była mowa o tworzeniu się rodziny, potrąciliśmy o główne i najistotniejsze powinności chrześcijańskiej rodziny, jakimi są jedność i nierozerwalność węzła małżeńskiego. Postawmy teraz te powinności w pełniejszym świetle. Podnieśmy wzrok wiary naszej wyżej i przypatrzmy się dwom pierwowzorom rodziny chrześcijańskiej, jakimi są: Chrystus i Trójca Przenajświętsza; w nich powinności rodziny we wspaniałych przedstawiają się rysach, które rodzina chrześcijańska wcielać, odtwarzać w sobie winna. Dlaczego wielki Apostoł nazwał małżeństwo “wielkim Sakramentem w Chrystusie i w Kościele“? Bo Kościół daje nam pełne wyjaśnienie, czym rodzina chrześcijańska być winna.

    Jak Słowo Przedwieczne, Syn Boży, nierozerwalnym złączył się węzłem z ludzką naturą, a przez nią z Kościołem; jak zespolony z człowieczeństwem stanowi jedną osobę w dwóch naturach, tak was, łaską sakramentalną złączonych, nic już rozdzielać nie powinno. Bóg wcielony niewysłowienie miłuje swój Kościół i wy chrześcijańscy małżonkowie podobnie miłować się winniście. Jezus poświęcił się i poświęca nieustannie za oblubienicę – Kościół swój i wy w ustawicznym żyć winniście poświęcaniu się wzajemnym.

    Szczęśliwa rodzina, która Boski ten wzór jak najdoskonalej w pożycie małżeńskie wcielać usiłuje! Taka tylko rodzina iści w sobie myśl Bożą, Chrystusową, w małżeństwie wyrażoną; taka tylko rodzina piętrzące się w naszych oczach społeczne ruiny naprawiać zdolna; taka tylko rodzina szczytnemu swemu zadaniu sprostać potrafi!

    Drugim chrześcijańskiej rodziny typem, w myśl Kościoła, jest Trójca Przenajświętsza. Wnętrzne życie Boga w jedności natury i w różności osób, to modła, ale i powinność rodziny na ziemi.

    O jaka doskonała, jak ścisła i niezmienna jedność łączy Boskie Osoby Trójcy Przebłogosławionej! Nie ma tam różnicy, cienia przeciwieństwa; ta sama myśl, to samo chcenie, ta sama miłość, kojarzy Boskie Osoby. I rodziny chrześcijańskiej główną podstawą jest zjednoczenie; zjednoczenie, to pierwsza potrzeba, to pierwsza powinność!

    Ta jedność, to zjednoczenie obowiązuje najpierw małżonków do wspólnego pożycia, do wiernego strzeżenia domowego ogniska; obowiązuje następnie do wspólnego dźwigania ciężarów życia, do ponoszenia ofiar, do podzielania wspólnych boleści. Nareszcie, z tego zjednoczenia wykwita jedność w zarządzie domowego ogniska. Do rodziny bowiem stosuje się to słowo Chrystusowe: “Wszelkie królestwo przeciw sobie rozdzielone, będzie spustoszone” (2). Rozdźwięk, niezgoda pomiędzy ojcem a matką nie uchodzi spostrzegawczego oka dziecięcia, przez co rodzice tracą na powadze wobec dzieci.

    Miłość niewysłowiona, łącząca trzy Boskie Osoby, powinna dalej znaleźć żywy odwzór w chrześcijańskiej rodzinie. Bóg opierając rodzinę na jedności, przelał w nią coś z nieskończonej swojej miłości. Ta miłość, jak w życiu Trójcy Przenajświętszej, powinna potrójne nosić znamię: wyłączności, życzliwości i heroicznej siły. Miłość ma tu być wyłączna. Biada i hańba tym, którzy zdradzają miłość w rodzinie! Wprawdzie wzajemna małżonków miłość nie zamyka serca ich dla dobrej i słodkiej przyjaźni. Ale miłość ma jedno tylko imię w ognisku domowym, zowie się niepodzielnością, nie mogąca się drugim udzielać. Miłość ma być życzliwą, lubującą się we wzajemnych przymiotach, pobłażliwą, cierpliwą dla wzajemnych swych słabości. Miłość silna posunięta aż do heroizmu. Życie rodziny jest przesycone boleściami, burzami, przytłoczone nieraz miażdżącymi ciężarami. Oto pole szerokie dla miłości rozkwitającej w nieustannych heroizmach. O, jeżeli miłość samolubna osiedli się i opanuje ognisko domowe, wtedy smutek, boleść i rozbieżność serc, zapanują w rodzinie ku jej udręczeniu i zgubie!

    Jest w Trójcy Przenajświętszej pewien hierarchiczny ład. Nie iżby wśród Boskich Osób możliwe było pewne podleganie, niższość; ale jest w Niej pewien porządek. Ojciec-Bóg jest początkiem. On rodzi umysłem Syna. Bóg-Syn jest posłany. Oto porządek, hierarchia. Nie wprowadza to nierówności Boskich Osób; ale kiedy jedna posyła drugą, kiedy Ojciec posyła Syna a Ojciec i Syn posyłają Ducha Świętego, pojmujemy te Boskie Osoby jako pierwowzory hierarchii w rodzinie.

    Ojciec dzierży tu powagę głowy, króla, przewodnika, podpory. Jest on przedstawicielem Boga w trudnym zadaniu rządzenia domem. Skoro idea chrześcijańska poświęcenia i ofiary jest przewodnią myślą małżeństwa – to w pierwszym rzędzie mąż musi być jej przedstawicielem, głową. Mąż ma być poświęcenia modłą. Związany pierścieniem miłości wzajemnej, który był niegdyś niewolnictwa znamieniem, ma być wzorem posłuszeństwa Bogu i sumiennego pełnienia obowiązków. On ma być w domu jak słońce, około którego wszystko się obraca, do którego się stosuje i przykład zeń bierze. Tak, gdy setnik ewangeliczny uwierzył w Chrystusa, wtedy poszedł za nim i uwierzył dom jego cały. On ma być murem obronnym i tarczą obronną swojej rodziny przed wszystkimi troskami ziemskimi, bo gdy trwoga przypadła na Przenajświętszą Rodzinę, anioł przestrzegł Józefa, aby radził w tej potrzebie i do ucieczki się sposobił.

    Jak mąż ma być słońcem, tak niewiasta ma być księżycem na rodzinnym niebie; księżyc od słońca zależny – ona od męża. Księżyc rozwidnia zmrok nocny, ona łagodnym swym światłem oświecać winna widnokrąg rodziny, gdy noc nieszczęścia słońce przysłoni. Pokój i cisza ma płynąć od niej; jej ręce i serce ku Bogu wzniesione niebiańskie szerzyć winny błogosławieństwa.

    Matka jest poddaną zarazem i królową, potęgą pośredniczącą. Dziecko winno być szanowane, ale i w karbach uległości trzymane. Nie trzeba nadużywać jego słabości, ani ulegać jego tyranii….

    Przypatrzmy się teraz pierwowzorowi rodziny, Trójcy Przenajświętszej, działającej na zewnątrz.

    Jak wielkim przedstawia się nam Bóg w swej twórczej mocy! W akcie twórczym ujawnia się Jego potęga przedziwna, Jego mądrość najwyższa, Jego dobroć i miłość bezinteresowna.

    Otóż akt twórczy w rodzinie podobne nosi znamiona.

    Jest to czyn straszliwej potęgi, jakby przedłużenie Potęgi Stwórcy, zatem czyn uszlachetniony i uświęcony. Bóg, uświęcając go, wyraził na nim Boskie odbicie. Jeżeli człowiek poniża go sromotnymi namiętnościami, tedy bezcześci on jeden z najchwalebniejszych swych przymiotów i zdać będzie musiał ścisły rachunek z tych świętokradzkich skalań!

    Jest to dalej akt mądrości, rozumu, albo raczej akt wiary w rzeczy nadprzyrodzone. Bóg w stworzeniu wytknął sobie cel święty i wzniosły: otóż dla celu godnego Boga i siebie samego winien człowiek rozprowadzać na zewnątrz życie, którego Bóg uczynił go powiernikiem.

    Nareszcie, jest to akt bezinteresownej miłości. O! tutaj przede wszystkim Bóg podaje się rodzinie za modłę. Kiedy Bóg wyprowadzał z nicestwa stworzenia, miał na oku jedynie ich uszczęśliwienie. Stworzył świat, wiedząc, że w nim stworzy dla siebie boleści, zniewagi bez liczby i miary…, a dla Syna swojego wcielonego przysporzy łez, i mąk najokropniejszych! Otóż podobnie ojciec i matka wobec potomstwa, którym się otaczają, muszą rozbrat uczynić z samolubstwem i przygotować się heroicznie do trudów i cierpień, jakie ich twórcza płodność im gotuje. O! jakąż hańbą napiętnujemy nie już proste samolubstwo, ale tę pożądliwość zwierzęcą, która z rzeczy świętej, uświęconej, chce wyciągnąć same tylko rozkosze, z pominięciem wyższego, twórczego celu, jakim jest potomstwo! O zaiste! podły taki nędznik nie tylko obniża swą godność i chwałę, płynącą z upodobnienia się do Boga Twórcy, ale on pada niżej zwierzęcia! O nim nie można już powiedzieć z Psalmistą: “przyrównany jest do zwierząt nierozumnych“! O nie! on się więcej bezcześci, hańbi, on pada niżej istot bezrozumnych!

    Czym więc jest w zamiarach Stwórcy rodzina? Rodzina to przede wszystkim życie. Kiedy Bóg, pierwszy Rodzic i jedyne Źródło życia, wydobył świat z nicestwa, – pełność swego życia przelał tylko w człowieka, w rodzinę. “Teraz człowiecze, istoto żyjąca, rozumna i potężna jak Ojciec twój, ty również wywołasz życie, wydobędziesz je aktem twej myśli, aktem twej woli, aktem twej miłości! Ty będziesz ojcem, matką, jak Ja jestem Ojcem, i biorąc w twe błogosławione ręce wyszłą z ciebie rodzinę, widzieć będziesz duszę twoją w duszy twoich dzieci, a podnosząc twe oczy i dziatki twoje aż do tronu mojego, modlić się będziesz wzniosłym ojcostwa i macierzyństwa głosem!”.

    Rodzina, a nie człowiek sam jest tutaj życiem. Potrzeba rodziny, by ta siła twórcza, zaczerpnięta z Boga, przejawiała się i rozlewała w ludzkości. Ale pamiętajcie, chrześcijańscy rodzice, że jak grzech pierworodny z życiem przelał się na nas: tak i wasze złe nałogi, wasze skłonności z życiem przelewają się na dziatwę waszą!

    Rodzina jest życiem, atoli życie ciała, jakkolwiek potężne i zadziwiające, nie jest całym życiem; jest to małe tylko życie. Jest inne życie prócz cielesnego, wielkie życie duszy; a tego życia powiernicą i narzędziem jest rodzina przez wychowanie. I tutaj przyświeca wam znowu Trójca Przebłogosławiona w dziele odkupienia. Bóg zbawia tych, co stwarza. O, z jaką cierpliwością wyczekuje swych synów grzesznych! Jakim heroizmem ich odkupuje! Jakie skarby łask i chwały zgotował dla dzieci swoich przez dzieło odkupienia, spełnione przez Syna Bożego, przez dzieło uświęcenia przez Ducha Świętego! Oto wasz Wzór i modła w dziele wychowania dziatek waszych. Nie aniołki jawią się w domu waszym, ale dzieci Adama, – latorośle rasy zepsutej! Dusza dziecięcia rodzi się z władzami bezwładnymi, uśpionymi; potrzeba, by ręka ojca, by troskliwość matki, tu się wmieszały, by dusza obojga udzielała się dziecięciu. Cóż to wychowanie? Jest to rozwinięcie w duszy światłości, prawości, szlachetności. Światłość, prawość, szlachetność, wszystko to jest w dziecku utajone, przygrzebane, – wszystko to dobry lub zły może wziąć obrót. Ojciec i matka pokierują najpierw dziecko na drogę prawą, i zanim dziecię otrzyma pełność rozwoju, jak drzewko młode podnosić je będą ku niebu. Rodzina to wychowanie.

    Dalej rodzina to praca. Któżby z nas dopełnił wytrwale i odważnie wielkiego prawa pracy, gdybyśmy nie mieli, mówię my, – bo my mamy rodzinę duchową, jak wy rodzinę ziemską, doczesną; gdybyśmy nie mieli komu przekazać owocu naszej pracy, gdyby dni i wysiłki nasze były tylko ograniczone do dni naszych. O, jak mało potrzebuje człowiek dla siebie samego, dla swego istnienia! Ale ponieważ rodzina stoi nam zawsze przed oczyma, my nie nużymy się w pracy, pewni, że oddajemy na wdzięczną lichwę wszystkie poty, wszystkie łzy i jęki nasze. Wiemy, że są dusze, które to wszystko zbierać będą; wiemy, że nic z naszych prac nie jest stracone, i że kiedy z ziemskiej znikniemy widowni, będą jeszcze dusze czułe na wspomnienie pracy ich rodziców, którym błogosławić nie przestaną. O! gdyby niejeden ojciec i matka pamiętali, że ich powinnością jest przekazać potomności owoce swych prac, nie żyliby nad stan, nie marnowaliby mienia, wielkim może trudem przez przodków zdobytego!

    Wielka Trójcy Przenajświętszej Rodzina niewysłowioną, nieskończoną promienieje chwałą: oto chrześcijańska rodzina również wielką jaśnieje chwałą. Rodzina to chwała. Tylko niektórzy rzadcy ludzie, rozproszeni na szerokim świecie, są w możności osobistą zdobyć chwałę i własną wielkością przygłuszyć wspomnienia przodków swoich. Dla ogółu atoli chwałę łagodną i spokojną stanowi tradycja uczciwości, przechowanej w łonie rodziny. Naszą chwałą jest to nieprzerwane dziedzictwo krwi nieskalanej; – naszą chwałą jest nasz ojciec, nasza matka, nasz dziad, nasza babka, których cnoty my potomkowie niby pryzmaty żywe w sobie skupiamy i rozpromieniamy.

    W Trójcy Przenajświętszej jest radość, wesele niepojęte, niewysłowione. Otóż chrześcijańska rodzina, to radość i wesele. Wiemy, że gdzie indziej, prawdziwe, szczere wesele, niestety, jest rzadkie. Napotkamy je chyba w tym małym, ścisłym kółku, które nazywamy rodziną – ogniskiem domowym. Kiedy człowiek widzi twarze przyjazne, oczy go szukające, ręce ściskające, serce miłujące, – wtedy doznaje prawdziwego szczęścia, o ile i ono w życiu ziemskim naszym udziałem stać się może. W domu Nazaretańskim wśród trudów i cierpień zawsze niebiańska panowała radość: podobnie w domu rodzinnym, szczerze chrześcijańskim, panuje radość, której żadne zewnętrzne burze zniszczyć nie są zdolne.

    Cóż to więc rodzina chrześcijańska? Jest to życie, wychowanie, praca, chwała, wesele. Rodzina to odwzór Trójcy Przenajświętszej w Jej wnętrznym i zewnętrznym życiu.

    Toteż Boski nasz Zbawiciel chcąc odrodzić świat, a potrzebując do tego ludzi pełnych poświęcenia, którzy by się wyrzekli przyjemności rodzinnych, – Chrystus w swym sercu Ojca i Przyjaciela postawił sobie pytanie: “Jeśli moich apostołów, w ścisłym czy dalszym znaczeniu, jeśli moich męczenników i dziewice pozbawię rodziny, cóż im w zamian za to pozostawię? Siebie? Boga Ojca mojego? Ducha Świętego? Tak jest, to wielka Rodzina wszystkim wspólna, powszechna, wiekuista; wszelako nie jest Ona jeszcze widzialną. Czyż ja, miłujący ich mogę, «pozostawić ich sierotami»? Czyż mogę ich pozostawić bez rodziny, kiedym zażądał od nich z niej ofiary?”. A wtedy, w wzniosłym jakby politowaniu, powiedział im to wielkie, przez wieki iszczące się słowo: “Ktokolwiek opuści ojca swego, matkę, braci i siostry swoje dla mnie, wszystko to w inny powetuje sobie sposób lub w duchowej odnajdzie to rodzinie”. Co nam Zbawiciel obiecał, to nam też dał. To utworzenie rodziny duchowej, to słowo przeciwne naturze, ale tak zgodne z wyższą, niebiańską naturą; to słowo Jezusowe spełniło się i spełnia nieustannie mimo wszelkie przeszkody, zapory! W nas iści się wspaniała Jego obietnica, że my, co się zrzekamy rodzin ziemskich, my w rodzinie naszej duchowej, już stokroć więcej nawet w tym życiu otrzymaliśmy, niżeliśmy dla Chrystusa opuścili.

    * * *

    Wyjaśniłem wam ten wielki, cudowny utwór Boży, jakim jest rodzina. Widzieliśmy, że nie zmysły, nie umysł ludzki, lecz serce czynną odgrywa rolę w utworzeniu rodziny; że z miłości wykwitają dwa istotne małżeństwa znamiona: Jedność i nierozerwalność związku małżeńskiego. Węzły tego związku uświęcił i więcej zacieśnił wielki Sakrament Małżeństwa.

    Następnie zastanawialiśmy się nad powinnościami chrześcijańskiej rodziny. Syn Boży zjednoczony z naturą ludzką, miłujący swój Kościół, z którym nierozłącznie się zespolił, stawił się za wzór miłości i zjednoczenia trwałego chrześcijańskich małżonków. Wpatrywaliśmy się dalej w drugi wielki pierwowzór rodziny, w Trójcę Przenajświętszą. W Jej wnętrznym życiu i w działaniu Jej na zewnątrz, rodzina chrześcijańska ma najdoskonalszą modłę swych świętych powinności. W ten sposób pojęta rodzina przedstawia się nam jako podstawowe dzieło, na którym opiera się społeczeństwo zarówno jak Kościół Chrystusowy.

    Nic więc dziwnego, że ludzie przewrotu i wrogowie Kościoła chcieliby zburzyć to cudne Boże dzieło – chrześcijańską rodzinę.

    Kiedy Bóg zesłał klęskę pomoru na Egipt i anioł śmierci zabijał w każdym domu pierworodnego syna, drzwi domów izraelskich pomijał dlatego, że były pomazane krwią baranka wielkanocnego. Otóż dopóki drzwi naszych domów znaczone będą znakiem krzyża świętego, godłem wiary, miłości, cierpienia, poświęcenia i ofiary, ale i symbolem zmartwychwstania, dopóty widmo społecznego rozkładu i zguby nie potrafi zatruć ducha przyszłego naszego pokolenia. Niechaj więc każdy dom polski, chrześcijański będzie podobny do Nazareckiego domku; niech w nim, jak ongi w szczęsnych ojczyzny naszych czasach, mieszka Jezus, Maryja i Józef, obrońca Kościoła; niech w nim zatknięty będzie krzyż, który zawsze w górę wskazuje i nigdy kierunku nie zmienia, choć poczernieje od nawałnic i wichrów; ale niech nigdy nie będzie nad domem naszym zatknięta chorągiewka, która za każdym najlżejszym nawet wiatru powiewem się obraca.

    O nie! nie zaleje, ani zagasi domowego ogniska fala rewolucji, socjalizmu, wolnomularstwa, dopóki stać będzie na straży ojciec z czynu katolik; dopóki przede wszystkim pilnować go będzie matka katolicka; dopóki przy domowym ognisku strzec będzie znicza miłości Bożej i ojczyzny kapłanka tego świętego ognia, na wskroś pobożna matka. Doświadczoną jest rzeczą że od kiedy przez Matkę Syna Bożego nowy rodzaj ludzki powstał, wy, niewiasty chrześcijańskie, stoicie na straży cnoty; w was jest nadzieja narodu i Kościoła. Dźwigajcież więc ducha dziatek waszych ku narodowym i ewangelicznym ideałom; krzepcie ich ramiona do pracy katolickiej i narodowej; podnoście ich serca ku wielkim celom katolickiego i narodowego życia, a dopełnicie opatrznościowego waszego zadania; przyczynicie się do odrodzenia ojczyzny, do rozkwitu życia katolickiego wśród narodu naszego, na wskroś ongi katolickiego; zapewnicie zbawienie swoje przez zbawienie dziatek i otoczenia waszego. Amen.

    Ks. Józef Stanisław Adamski SI

    –––––––––––

    Kazania na uroczystości i święta Niepokalanej Dziewicy Bogarodzicy, napisał Ks. Józef Stanisław Adamski T. J., Tom I. Warszawa. Wydawnictwo Księgarni Nakładowej M. Szczepkowskiego, Nowogrodzka 23. 1908, ss. 67-78. (a)

    (Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono).

    ŹRÓDŁO: https://www.ekspedyt.org/2019/01/13/swieta-rodzina-jezus-maryja-i-jozef/

  8. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

    AKT POŚWIĘCENIA SIĘ NAJŚWIĘTSZEJ RODZINIE

    Jezu, Zbawicielu nasz Najdroższy, przyszedłeś na świat, aby go oświetlić Swoją nauką i własnym przykładem. Większość Swego życia ziemskiego spędziłeś w ubogim Domku Nazaretańskim, w pokornym poddaniu się Maryi i Józefowi, a przez to uświęciłeś tę Rodzinę, która miała być wzorem dla wszystkich chrześcijańskich rodzin.
    Przyjmij łaskawie naszą rodzinę, która się Tobie dzisiaj oddaje i poświęca. Broń, strzeż i utwierdzaj nas w Twej świętej bojaźni, pokoju, zgodzie i miłości chrześcijańskiej, abyśmy stali się podobni do Boskiego Wzoru Twojej Świętej Rodziny i w ten sposób wszyscy razem, bez wyjątku, osiągnęli wieczne szczęście.

    Maryjo, Najmilsza Matko Jezusa i nasza Matko, przez Twoje pełne miłości wstawiennictwo uczyń to nasze poświęcenie się miłym Jezusowi i wyjednaj nam Jego łaski i błogosławieństwo.

    Święty Józefie, Najtroskliwszy Opiekunie Jezusa i Maryi, wspieraj nas Swoją modlitwą we wszystkich naszych duchowych i doczesnych potrzebach, abyśmy mogli wraz z Maryją i Tobą chwalić Jezusa, naszego Boskiego Zbawiciela przez całą wieczność.
    Amen.
    (Modlitwa Papieża Leona XIII)

    Święta Rodzina Jezus Maryja i Józef
    => https://www.ekspedyt.org/2019/01/13/swieta-rodzina-jezus-maryja-i-jozef/

    Króluj nam Chryste, zawsze i wszędzie!
    W każdej rodzinie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *